NIE DAJMY OSLO UPAŚĆ, ZAPRASZAMY NOWYCH AUTORÓW!

poniedziałek, 30 grudnia 2013

Nawet mnie samego mój mózg czasami zaskakuje


źródło: klik

Elijah Mikaelsson | 26 lat

   Była sobie kiedyś rodzina Mikaelssonów, która miała wszystko: pieniądze, wpływy i poszanowanie wśród innych rodzin tego typu. Elijah był wychowywany na grzecznego chłopczyka, który będzie się tylko uczył, a w końcu przejmie kancelarię prawniczą swoich rodziców. Problem w tym, że on nie interesował się takimi rzeczami. Od dziecka wolał matematykę i fizykę. Nie obchodziło go ratowanie opryszków przed okrutną karą norweskiego sądownictwa. Kiedy jego rodzice dowiedzieli się, że zaczął studnia w Instytucie Fizyki na Uniwersytecie, został wyrzucony z domu i zabroniono mu jakiegokolwiek kontaktu ze swoją rodziną. Jednie jego starsza siostra, Inge, po kryjomu spotykała się z nim, o czym rodzice się naturalnie później dowiedzieli. Elijah nie wchodził nikomu w drogę, choć czuł się tym bardzo dotknięty.

   W 2011 roku, kiedy Elijah skończył już studia i zamierzał szukać pracy, usłyszał o wielkim pożarze w dzielnicy Nordstrand. Nie wiedział jeszcze, że to jego były dom się pali, a wraz z nim jego rodzice i siostra. Dowiedział się tego, gdy do drzwi jego małego, dwupokojowego mieszkanka zapukała funkcjonariuszka opieki społecznej, zza której wychylała się jedenastoletnia dziewczynka. Jak się okazało, jego siostra ukrywała przed nim siostrzenicę, której ojciec zniknął zaraz po jej urodzeniu. Lea od tamtej chwili mogła zostać u niego, albo trafić do domu dziecka, gdzie na pewno by się nie odnalazła.

   Elijah i Lea są teraz najlepszymi przyjaciółmi. Mężczyzna uczy w gimnazjum, do którego chodzi jego siostrzenica. Jest nauczycielem matematyki, fizyki i języka norweskiego. Przez swoich uczniów uważany za szalonego profesorka, który na wszystko zawsze się godzi. Nieco dziwaczny, ale z natury sympatyczny. Ostatnio kupił Lei psa, który dostał majestatyczne imię Klusek.

___________________________________________________________________________
 *Cytat w tytule pochodzi z książki Harry Potter i Kamień Filozoficzny, J.K. Rowling
**Pogrubione wyrazy zawierają w sobie linki

Na wątki jestem chętna zawsze!
Jeśli macie jakiś pomysł na zaczęcie, nie musicie nawet pytać o powiązania, ani niczego wcześniej uzgadniać. 
Elijah nie gryzie, ale Klusek może. Może znajdziemy mu miłość życia z pieskiem na spacerku?
Może wrzucę Leę do wolnych postaci, ale kto by tam chciał brać trzynastolatkę pod swoje skrzydła?
Teraz pozostaje mi Was tylko zaprosić do wątków z moim panem i świecie się przy tym bawić :D

11 komentarzy:

  1. To nie miało być trudne zadanie. Miała obserwować tylko jeden dom, a właściwie to na razie miała założyć sprzęt, który pomógłby jej to robić. Chciała mieć przejrzysty widok na ten dom, więc postanowiła zainstalować kamery również tak, żeby dobrze widzieć podjazd domu tego osobnika, bo z wywiadu wiedziała, że część spraw załatwia już na podjeździe. Nie mogła zainstalować kamery tusz pod jego nosem, ale drzewo w parku było już zdecydowanie dobrym pomysłem. Spokojnie się na nie wdrapała i zaczęła przyczepiać urządzenie w najlepszym możliwym miejscu.
    Wszystko na początku szło po jej myśli. Spróbowała kilka miejsc, ale musiała wejść wyżej. Miała to szczęście, że była lekka bo drzewo jednak nie było zbyt wytrzymałe. Wchodząc wyżej, stanęła jednak dosyć nieroztropnie i gałąź po prostu się pod nią załamała. Sama zaskoczona tym faktem nie zdążyła się złapać kolejnej, więc po chwili leżała już na ziemi i starała się wyczuć czy wszystkim może ruszać. I pewnie dłużej by o tym rozmyślała, gdyby nad jej głową nie pojawiła się mordka jakiegoś psa, a wielki, różowy jęzor zaczął lizać jej twarz. Nie cierpiała tego. Dlaczego psy tak reagują? Czy on po prostu sprawdza jak smakuje i czy będzie nadawała się do jedzenia jak już umrze tutaj? Podniosła się do pozycji siedzącej i pogłaskała psa po łebku.
    - Już.. Już… No wystarczy. – mruknęła do niego. Wcale nie przejęła się, że jest cała w błocie. Rozejrzała się raczej za właścicielem tego czworonoga.
    [ Witam :) i miłego blogowania ;D ]

    OdpowiedzUsuń
  2. [ Cześć! :D Aaaale fajne zdjęcie!
    Jeśli rodzice Elijah mieszkali w Nordstrand, to on kiedyś też? Monday mieszka w Nordstrand, więc wtedy mogliby być dawnymi sąsiadami. Tym bardziej, że są w tym samym wieku :) ]

    Monday :)

    OdpowiedzUsuń
  3. [Mnie to całkiem odpowiada, w końcu trzynastoletnie dziewczynki miewają różne zachcianki. Jak przyjdzie do sklepu, to Thea już mu pomoże zrobić te zakupy ;)]

    Thea Anders

    OdpowiedzUsuń
  4. [Pewnie, coś takiego istnieje:D. A jak nie to właśnie powstało! :D ]
    Pies wydawał się całkiem sympatyczny, nawet miał milutką sierść, ale przecież nie musiał się tak ślinić na litość boską! No chyba, że była dla niego taka apetyczna, ale jednak wolała, żeby to ludzie jak już ślinili się na jej widok. Tylko czy to wtedy nie byłby objaw kanibalizmu? Możliwe, że byłby to dobry znak, iż powinno się zabierać nogi za pas i uciekać jak najdalej.
    Zerknęła na mężczyznę, który starał się odciągnąć pieska od niej. Sama chwyciła się drzewa i postanowiła w końcu wstać. Chyba naprawdę wyglądała tragicznie, ale jednak czuła wszystkie kości, chyba nic nie złamała, a co najwyżej będzie miała jednego wielkiego siniaka na ciele. A raczej na większości swojego ciała.
    -Klusek? – zerknęła na psa. Nawet zabrzmiało to śmiesznie, ale pies faktycznie był taki dosyć okrągły. Samarze to specjalnie nie przeszkadzało, bo lubiła takie grube kotki, więc pies też mógł być. – Myślałam, że kluski to jak coś są leniwe, a ten chyba ma aż nadmiar energii. I dużo śliny, bardzo dużo śliny.
    Dotknęła tył swoich włosów i z niechęcią wyczuła również na nich błoto. Fuj, nie lubiła być aż tak upaprana, ale praca to praca.
    -Nie, to akurat wina tego cholernego drzewa. Czemu nie mogło mieć napisane na niektórych gałęziach, że są stare i spróchniałe w środku? – zapytała humorystycznie. Miała tylko jedną, małą nadzieję, że mężczyzna nie zapyta , co ona właściwie robiła na drzewie w środku zimy, bo na razie dobra wymówka nie przyszła jej jeszcze do głowy. Czy była tam jakaś dziupla? Może powie, że dokarmia wiewiórki? Ale czy ktoś w to uwierzy? Postanowiła, więc szybko odejść od temu jej wyprawy na drzewo. – Nie ma pan może przypadkiem chusteczek?

    OdpowiedzUsuń
  5. [Cześć. Fajnie się złożyło, że oboje stracili coś cennego w pożarze. To znaczy - fajnie, że mają podobne doświadczenia, słabo, że traumatyczne. Są też prawie rówieśnikami. Może znali się za młodu? Mogli być nawet przyjaciółmi czy coś w tym stylu. Potem, kiedy spłonął sierociniec, Sven się odciął. Elijah kompletnie nie mógł zrozumieć zmiany przyjaciela i przestali się przyjaźnić. Ich drogi się rozeszły. Aż pewnego dnia Elijah doświadczył tego samego, co Sven - wielkiej straty. I po wielu, wielu latach przypomniał sobie o przyjacielu. Postanowił go nawet odnaleźć. Taka jest moja wizja. Fantazja mnie poniosła. :D]

    Sven Vigeland

    OdpowiedzUsuń
  6. [Witam serdecznie! Jaki ciekawy, a zarazem szalony profesorek. :D Maam wielką ochotę na jakiś wątek z powiązaniem, ale u mnie to problem z pomysłami jest. ;x Tyle, że jeżeli Tobie coś uda się wymyślić to ja się z chęcią dostosuję. :D]

    L. Rybak

    OdpowiedzUsuń
  7. [Jak ja lubię postacie nauczycieli na blogach ;D Witam się grzecznie i życzę udanego pobytu.]

    OdpowiedzUsuń
  8. [ No to już coś piszę! :) ]

    Dzień wolnego dla Monday był czymś wyjątkowym! Pracowała i w tygodniu i w weekendy, wyrabiała kosmiczną ilość nadgodzin i nigdy o niczym nie zapominała. Zdecydowanie była pracoholiczką, ale każdy czasem ma dość.
    Jako, że znaczną część swojego życia po studiach spędzała w Opera House, jej własny dom, ten prawdziwy, był przez to dość zaniedbany. W dzień wolny od pracy czekała ją za to sterta prasowania, okurzone półki i masa szklanek do pozmywania... Czas znaleźć współlokatora, bo sama z wielkim loftem sobie nie radziła.
    Po dwóch godzinach, mieszkanie było w miarę ogarnięte. Nie można powiedzieć, że lśniło, bo gdzieniegdzie swobodnie leżały ubrania, buty, części dekoracji i niedokończone projekty, a przed Monday było jeszcze odkurzanie, ale przynajmniej było miarę czysto. Już chyba wolałaby być w operze...
    Obolałe plecy domagały się odpoczynku, więc żeby nie marnować czasu, postanowiła urządzić sobie krótką przechadzkę z loftu, do śmietników, by wynieść śmieci. I się przewietrzy i chwilę odpocznie, a śmieci będzie miała z głowy! Powoli schodziła po schodach, by jak najbardziej wydłużyć sobie przerwę w sprzątaniu. Odległość nie była szczególnie długa, ale lepsze to niż nic. Przyspieszyła, kiedy worek zaczął jej ciążyć.
    Ładna pogoda, świeże powietrze, wolny dzień - żyć nie umierać! Podnosiła właśnie rower pana z trzeciego piętra, który wciąż się przewracał, kiedy zauważyła nieopodal znajomą twarz. Oparła rower o ścianę budynku i zaczęła machać ręką.
    - Elijah! Hej! - uśmiechnęła się i chwytając czarny worek ze śmieciami, podeszła w jego stronę. - Co cię sprowadza w rodzinne progi?

    Monday :)

    OdpowiedzUsuń
  9. [No witam znajomą ;) Wiem, że zdjęcie ładne, w końcu to mój przyszły mąż, ha! :D
    A co do wątku, to chyba Ty musisz wymyślić, ponieważ ja całkowicie odpadam, jeśli chodzi o myślenie na dzień dzisiejszy :(]

    Olli H.

    OdpowiedzUsuń
  10. Malutki sklepik zawalony cały regałami, na których pełno było płócien różnej wielkości, farb, pędzli, klei, serwetek, kredek, pasteli, ołówków, bloków, szkicowników, sztalug i miliona innych rzeczy, był całym jej światem. Kochała go niemal równie mocno, co swojego Lucky’ego, uroczego, rocznego kundelka, którego znalazła pewnego dnia na ulicy w kartonie. Spędzała całe dnie tutaj lub w swojej maleńkiej pracowni na zapleczu, gdzie powstawały obrazy, którymi potem z takim zapałem obwieszała sklep, tworząc swoją małą galerię sztuki.
    Lucky spał smacznie na swoim niebieskim kocyku w kącie jej pracowni i poruszał przez sen łapkami. Zapewne znów coś mu się śniło, bo czasem nawet cichutko powarkiwał, co wywoływało u Thei falę czułości. Ona sama malowała kolejny obraz. Właściwie… rzadko kiedy robiła co innego, gdy już przebywała na terenie swojego domu. Tak, sklep już też zaliczała do swoich własnych, czterech kątów.
    Tym razem na płótnie powstawał zimowy pejzaż. Sama nie wiedziała, skąd brała tyle pomysłów na te krajobrazy. W końcu w życiu nie widziała za wiele i nigdy nie opuściła Norwegii, a na jej obrazach można było podziwiać zakątki chyba wszystkich krajów świata.
    Pejzaże zdecydowanie wychodziły jej najlepiej. Pokryte śniegiem szczyty gór lśniły w słońcu, a oszronione stoki migotały delikatnie. Zamarznięty strumyk odbijał w swej tafli promienie ostrego, zimowego słońca, a zaspy śniegu wyglądały jak prawdziwe. Na tym obraz się urwał. Dalszej części nie było. Powstawała dopiero w wyobraźni Thei.
    Usłyszała cichy dźwięk dzwoneczka znad drzwi. I chyba nie tylko ona, bo i Lucky uniósł łebek z posłania, patrząc na nią zaspanymi oczami, jak gdyby oczekiwał pozwolenia na dalsze leniuchowanie. – Śpij, śpij, dam radę sama – powiedziała do psiaka, pospiesznie odkładając farby i ściągając z siebie wymazany farbami we wszystkich kolorach tęczy fartuch.
    Szkoda tylko, że nie miała czasu zerknąć w lusterko, aby zobaczyć tą plamę z niebieskiej farby na lewym policzku i zupełnie rozpadający się koczek, który przecież był taki wygodny. Wytarła tylko ręce w fartuch i wyszła pospiesznie, aby przywiać klienta.
    - Dzień dobry – uśmiechnęła się ciepło, odgarniając kosmyk niesfornych włosów za ucho. – W czym mogę pomóc?
    Uwielbiała widywać nowe twarze w swoim sklepie. Zawsze były nadzieją na nowych, stałych klientów, a tych potrzebowała obecnie bardziej niż tlenu.

    Thea Anders

    OdpowiedzUsuń
  11. Widok materiałowej chusteczki właściwie bardzo ją zaskoczył. Kto w dwudziestym pierwszym wieku jeszcze takich używa? Przecież ile to zachodu z praniem jej i jakie musi to być swoją drogą ohydne! Te wszystkie smarki na niej… na samą myśl robiło się Samarze niedobrze. Ta była jednak wyraźnie świeża, więc wzięła ją i wytarła strategiczne punkty, żeby nie wyglądać jak błotny potwór.
    Fakt nie był stary, ale Samara tak jakoś odruchowo rzuciła tym panem, może to przez to, że wyglądał tak poważnie w tym idealnie dopasowanym do siebie ubraniu. Wyglądał po prostu na jakiegoś belfra, który zaraz uderzy linijką w stół, a może w sumie wskoczy na ławkę i zacznie recytować jakiś wiersz? Na pewno wydawał się trochę z innej epoki, ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu.
    -Dzięki za chusteczkę. –rzuciła. – Mogę ci ją oddać kiedyś, jak ją wypiorę. – zaproponowała, bo w końcu takie coś nie było na jeden raz, chyba. No a może ona używał materiałowych chusteczek jak tych papierowych i rozdawał, gdzie się dało?
    Wyciągnęła do niego swoją dłoń i uścisnęła. Nie jakoś lekko, a raczej mocniej. Ponoć miało to jakieś znaczenie, ale Samara po prostu przywykła do męskich uścisków dłoni.
    - Samara. – przedstawiła się.

    OdpowiedzUsuń