Arran Clifford
Kiedyś kochałem, kiedyś byłem człowiekiem, kiedyś czułem, kiedyś moja twarz wyrażała coś innego prócz obojętności. Teraz wszystko jest inaczej. Patrząc w lustro nie widzę samego siebie, bo tak właściwie sam nie wiem kim na chwilę obecną jestem. Zabijam za pieniądze, co chyba czyni mnie mordercą. Nie mam nikogo bliskiego, co sprawia, że jestem samotnikiem. Nigdy się nie uśmiecham, a to z kolei oznacza, że nie jestem szczęśliwym człowiekiem. Zgubiłem siebie. Zgubiłem siebie dziesięć lat temu, gdy najważniejsza osoba w moim życiu zniknęła za drzwiami starej kamienicy. Mam trzydzieści cztery lata i nie wiem w jakiego boga wierzyć. Wołam o pomoc ale nikt mnie nie słyszy przez mur, który sam wokół siebie wybudowałem. Najchętniej bym się zabił ale za bardzo boje się, że koszmary, które nawiedzają mnie każdej nocy, po śmierci staną się smutną rzeczywistością. Pomożesz mi? Sprawisz, że znów odetchnę pełną piersią? Pomożesz trafić na dobrą ścieżkę, którą zgubiłem wiele lat temu? Daj mi to wszystko, a ja w zamian za to nie zabiorę Ci tego gówna, które nazywasz życiem.
[ Arran jest bardzo smutnym mordercą więc nie należy się go bać. Wątki średnie i długie, zawsze jestem na nie chętna. Tytuł to cytat należący do mojej ukochanej W.]

[Jej... jaka fajna postać. Mnie parę razy korciło na takie, ale jakoś nie potrafię prowadzić smutnych postaci. W końcu i tak robią się wesołe i to największa niesprawiedliwość mojego świata.
OdpowiedzUsuńA tak swoją drogą... znajdzie się chęć na wątek? Mogę nawet zacząć, gdybym tylko jakieś drobne pomysły dostała...]
Thea Anders
[Niedługo zacznę siebie nazywać komitetem powitalnym. No nic. Cześć! Ci Norwegowie są jednak smutni... Ale dobrze. Lubimy smutnych ludzi. ;> Życzę miłych chwil spędzonych na blogu.]
OdpowiedzUsuńSven Vigeland
[ O boże! Kogoś takiego mi tu było trzeba! Zawodowy morderca. Samara ma nowy cel do rozpracowania od co ;P ]
OdpowiedzUsuńTom nie był jej tutaj wcale do niczego potrzebny. O wiele bardziej wolałaby, żeby został w Anglii. Tylko plątał się pod nogami i zawadzał, zadawał mnóstwo niepotrzebnych, niewygodnych pytań, na które ona nie mogła mu odpowiedzieć. Bo niby jak? Miała wyznać, że do Oslo uparła się jechać nie tylko wyłącznie dla syna? Miała się przyznać do tego, że przyjechała tu po to, by odnaleźć mordercę, którego kochała? Mordercę, za którego powinna była wyjść, który to on właśnie powinien być ojcem jej dziecka, którego przez ostatnie dziesięć lat kochał, a jej miłość z każdym dniem stawała się coraz silniejsza, bardziej namacalna i trudna do ukrycia. Nie mogła przecież powiedzieć, że ten sam mężczyzna ma pomóc im w odnalezieniu ich dziecka.
OdpowiedzUsuńMiesiąc. Od miesiąca dzień w dzień szarpała się sama ze sobą, nie mając odwagi iść tam, gdzie powinna iść już dawno. Od miesiąca dzień w dzień walczyła ze sobą, by nie wybiec z hotelowego pokoju i pobiec wprost pod drzwi jego mieszkania. Od miesiąca gimnastykowała się usilnie, by nie chwytać się jeszcze tej ostatniej deski ratunku, jaką był dla niej Arran, wciąż jeszcze miała nadzieję, że policja cokolwiek zdziała. Dziś tę nadzieję bezpowrotnie straciła.
Mnąc w spoconej dłoni niechlujną, pobrudzoną i podartą karteczkę z adresem, zatrzymała się przez ładną, zadbaną kamieniczką. Sama architektura wyraźnie mówiła, że nie powstała w ostatnich latach, jednak konserwatorzy dobrze się nią zaopiekowali i równie dobrze mogłaby stanąć w tym miejscu zaledwie wczoraj. Nie, nie mogłaby. Wtedy on nie mógłby tutaj mieszkać. Na samą tę myśl, serce zakołatało jej w piersi. Minęło dziesięć lat. Pięćset sześćdziesiąt siedem milionów sześćset czterdzieści osiem tysięcy uderzeń serca temu widziała go po raz ostatni. Dziś miała ujrzeć go znów. I go na własne oczy, nie tylko na wymiętych, wytartych i wyblakłych od ciągłego, potajemnego oglądania fotografii.
Odetchnęła głęboko, próbując się uspokoić. Chowając skulkowany świstek papieru do kieszeni płaszcza, owinęła się nim ciaśniej. Znów było jej zimno. I gorąco. Raz zimno, raz gorąco. Ruszając na podbój schodowej klatki czuła, jak żołądek zaczyna się skręcać. Jeden stopień, drugi. Serce przyspiesza. Trzeci stopień, czwarty. Oddech robi się cięższy. Dziesiąty, dwunasty. Świat nagle zaczyna wirować. Podpiera się ściany, by odetchnąć chwilę i uspokoić skołatane nerwy. Kiedy nogi przestają się trząść, podnosi wzrok i dostrzega, że jest już na miejscu. Stoi, nie mogąc się poruszyć. Patrzy. Tyle lat. Tyle błędów. Tyle cierpienia. Tyle czasu i wysiłku zajęło jej dotarcie tutaj. A teraz stoi i nie potrafi nic z tym zrobić. Podnieść rękę i nacisnąć dzwonek – to wydaje się takie proste. Ale ona nie potrafi. Boi się, boi się znów go zobaczyć, znów spojrzeć w jego twarz, znów skoczyć w otchłań tych zielonych oczu. Choć minęło tyle czasu, ona wciąż nie ma pewności, czy jest gotowa. Czy jest gotowa? Co za niedorzeczność. Czy w ogóle można przygotować się na coś podobnego?
Chce odejść. Chce odwrócić się i wybiec stąd co sił, nie chce pukać, nie chce tam wchodzić. Nie chce go widzieć. Przez ten jeden ułamek sekundy jest w stanie uwierzyć nawet w to, że nie potrzebuje ani pomocy Smitha, ani tym bardziej Arrana, by odnaleźć swoje ukochane dziecko. Wierzy, że policji w końcu się uda. Ale zaraz potem pod powiekami staje jej jedna, drobniutka, dziecięca twarz. Jej kochany, słodki aniołek, jej mały mężczyzna.
Unosi dłoń i puka. Szybko, krótko, głośno. Wcale nie tak, jak chciała. Ale musi, musi to zrobić. Dla jej małego chłopca. A dopóki go nie odnajdzie…
Trzymaj się, dzieciaku, okej? Mamusia już po ciebie idzie.
[ Zdjęcie jest genialne :) a postać oryginalna! Serdecznie zapraszam do Monday, jeśli masz jakieś pomysły, bo mi niestety nic nie udało się wymyślić :( ]
OdpowiedzUsuńMonday
Z kolekcjonerską precyzją przechowywała w pamięci każdy obraz, jaki posiadała, a który jakkolwiek wiązał się dla niej z Arranem. Jackie pamiętała wszystko. Zadbała o to, by nie zapomnień i nie miało dla niej znaczenia, czy to wspomnienie pochodziło z czasów, kiedy naprawdę jeszcze niewiele o mężczyźnie wiedziała i tylko wydawało jej się, że go zna, czy wspomnienie należało już do tych znacznie późniejszych, pewnie mniej przyjemnych. To nie miało znaczenia, bo we wszystkich był on, dlatego szczególnie w pamięć zapadło jej jedno wydarzenie.
OdpowiedzUsuńKrew, pot i łzy. Mężczyzna słaniający się na nogach. Ona – zapłakana, zdezorientowana, wystraszona. Zmęczona, cała ubabrana we krwi i własnych wymiocinach, przepocona, roztrzęsiona. Zakochana. I jedna, cicha prośba tuż przed tym, jak Arran umierał po raz kolejny.
Wyjdź za mnie.
Prośba, która nigdy nie dostała szansy na to, by stać się czymś więcej. Dla Jackie była jednak wystarczająco wiążąca, nawet jeśli wtedy nie potrafiła udzielić na nią odpowiedzi. W dniu swojego ślubu, stojąc naprzeciw swojego męża, patrząc mu prosto w oczy i powtarzając słowa przysięgi małżeńskiej, wcale nie myślała o tym, że wychodzi za Toma. Przed oczami miała wizję wysokiego, dobrze zbudowanego blondyna, który ponoć stał w ostatnim rzędzie ławek i robił dokładnie to samo. Być może dlatego właśnie Garroway była tak szczęśliwa tamtego dnia. Być może tamto jedno, małe wspomnienie uratowało jej przed wystawieniem sobie stypy zamiast wesela. Bo w jej głowie nie wychodziła za Toma Leatherby. Ona poślubiała Arrana Clifforda.
Myślała, że okiełznała demony przeszłości. Wydawało jej się, że skoro siadając wieczorami przed kominkiem, z lampką wina w dłoni, kiedy James już dawno spał w swoim pokoiku, a Tom jeszcze nie wrócił do domu, mogła bez żalu wspominać wszystko, co wydarzyło się wcześniej, udało jej się z niego wyleczyć. Wydawało jej się, że skoro za każdym razem rozdrapując każde pojedyncze wspomnienie z osobna, nie popadała w czarną rozpacz na myśl o tym, co utraciła, że skoro była w stanie wspominać tamte czasy nawet z lekkim uśmiechem na ustach, była już wolna. Teraz, stojąc naprzeciw tego samego mężczyzny, o którym wtedy fantazjowała, wiedziała już, jak bardzo się myliła. Wszak oglądać kogoś we wspomnieniach to zupełnie co innego, jak oglądać go na żywo. „Wspomnienia to śmierć”, jak pisał kiedyś Marek Hłasko. Ale wspomnienia można ułaskawić. Nie da jednak rady ułaskawić rzeczywistości.
Na dźwięk chrząknięcia, kobieta odwróciła się powoli, a kiedy butelki z hukiem rozbiły się o podłogę, wstrzymała oddech. Wcale się nie wyleczyła. Widząc go teraz czuła, jakby w jej ciało zaczęło wbijać się bardzo powoli, wręcz z rozmysłem, by sprawić jej jak największy ból, milion malutkich, cieniutkich szpileczek. Uważnie zlustrowała go od dołu do góry, by wreszcie zatrzymać spojrzenie na jego twarzy. Prawie ta sama, a jednak inna. Widać na niej było piętno czasu i troski. Ściął włosy, które pociemniały (czyżby je przefarbował?), chyba nawet zapomniał się golić. Na czole pojawiło się kilka ledwie widocznych zmarszczek, jakby Arran przez ostatnie dziesięć lat myślał zbyt wiele, a oczy miał lekko podkrążona. Ale to wciąż były te same, piękne, zielone oczy, które widziała tamtego wieczoru po raz ostatni. Tak jej się wtedy wydawało. Teraz stała znów naprzeciw nich i mogła podziwiać je bez żadnego skrępowania. Tak, jak kiedyś.
Nie, wcale nie było tak, jak kiedyś. Kiedyś nie musiała szukać Arrana, by pomógł odnaleźć jej zaginionego syna. Kiedyś dobrowolnie nigdy nie zrobiłaby niczego, co mogłoby zmusić go do ‘pracy’.
Wypuszczając wstrzymane powietrze z płuc, zagryzła wargę, jednocześnie potakując głową na potwierdzenie jego pytania, choć wiedziała, że najprawdopodobniej było czysto retoryczne. Podobnie jak wtedy, gdy stała przed kamienicą, ogarnęła ją niepewność, może nawet strach, ale wbrew sobie postąpiła ostrożnie kilka kroków naprzód, by móc stanąć bezpośrednio przed mężczyzną. Ani na sekundę nie odwróciła wzroku od jego oczu, jednak o ile wcześniej wyraźnie widać w nich było zakłopotanie, skruchę i smutek, o tyle teraz pozostało w nich jedynie czyste błaganie, by pod żadnym pozorem nie odrzucał jej prośby.
Usuń– Arran – powiedziała cicho, delikatnie, wręcz samymi opuszkami palców, łapiąc jego dłoń. – Potrzebuję twojej pomocy.
Nigdy nie twierdziła, że przestała kochać Arrana na rzecz Toma. Podobna rzecz nigdy nie miała miejsca. Jackie po prostu potrzebowała pomocy. Pomocy, której Clifford nie spieszył się jej udzielić. Zrobiła to, czego się od niej oczekiwało. Liczyła, że jeśli będzie słuchała innych ludzi, to jej życie samo wreszcie się jakoś ułoży, że jeśli pozwoli im podjąć za siebie decyzje, których ona dokonać nie potrafiła, koszmar codzienności zamieni się w całkiem przyjemny, a przynajmniej znośny sen, który pozwoli jej wytrwać do końca. Rozchwiana Jackie potrzebowała w życiu stabilizacji i święcie liczyła, że znajdzie ją w małżeństwie z tym mężczyzną. Jak się okazało, młoda kobieta nie potrafiła zbyt dobrze rachować. Właściwie nie było w tym nic dziwnego. Od zawsze wykazywała się wybitnym talentem do spieprzania sobie życia.
OdpowiedzUsuńW ciągu tych dziesięciu lat pojawiło się jednak coś, co napełniło Jackie nową energią. Na jej niebie wreszcie zagościł promyk jej prywatnego słońca. Narodziny Jamesa. Punkt zwrotny w życiu Garroway. Od tamtego dnia niemal nic nie było już takie samo. Jackie jakby odżyła, miała przecież teraz dla kogo walczyć o każdy nowy dzień. Miała syna, dla którego musiała się starać, dla którego musiała być silna. Mogła wreszcie przestać biernie poddawać się woli innych, bo odnalazła własną drogę. Może nie do końca prostą, może wcale nie była to droga prowadząca dokądkolwiek, może kończyła się wyłącznie ślepym zaułkiem, ale ona chciała wierzyć, że tak nie jest. Wierzyła w to, bo to był jej malutki synek. Ona go urodziła i ona go wychowa. Jeszcze będzie kłóciła się z synową o kolor zasłonek w salonie i rozpieszczała słodką, malutką wnuczkę.
A teraz wszystko z powrotem legło w gruzach. Tak po prostu. Bo Arran był zimny i obojętny, bo odmówił jej pomocy, bo nie chciał jej już znać. Bo wściekłość kipiała z niego niczym gotująca się woda. Jackie poczuła, jakby mężczyzna właśnie przyłożył jej w twarz. Albo wycelował prosto między oczy. Właśnie odbierał jej ostatnią nadzieję, że kiedykolwiek jeszcze odnajdzie swojego syna, sens własnego życia, ostatnią rzecz, jaka jeszcze się dla niej na tym świecie liczyła.
Z przerażającym smutkiem, może nawet bólem wymalowanym na twarzy, cofnęła się kilka kroków, widząc, że Arranowi ewidentnie jej bliskość przeszkadza. No to jednak zabolało ją najbardziej. Obiecał przecież, że zawsze przy niej będzie. A teraz nie dość, że wyjechał, zostawiając ją w prywatnej, niewidzialnej żałobie, to jeszcze odmawiał jej pomocy, której udzielić mógł tylko on.
– Smith sam przysłał mnie właśnie do ciebie – powiedziała, starając się zachować spokój, ale jej wzrok mówił sam za siebie. Nie mogła zaprzeczyć, że jego słowa zapiekły ją do żywego. – Nie chcę żebyś znowu przeze mnie zabijał. Chcę tylko, żebyś pomógł mi odnaleźć mojego syna. – Widząc wzrok Arrana utkwiony w jej dłoni, nerwowo potarła nadgarstkami, by potem wsunąć obie ręce do kieszeni czarnego płaszcza. Nie na tym teraz powinien się skupiać, nie powinien myśleć o tym, że wyszła za mąż za człowieka, którego nigdy nawet nie kochała, a patrząc na wystawny pierścionek i grawerowaną obrączkę dzień dnia miała ochotę spuścić je w toalecie. Nie to teraz było ważne. Powinien skupić się na dziecku. Na jej dziecku.
[część I]
OdpowiedzUsuńJackie nie rozumiała, dlaczego wieść o jej synu tak bardzo nim wstrząsnęła. Zawsze kochała dzieci, zawsze pragnęła zostać matką, przecież o tym wiedział. Jasne, miała Ellie, ale ona była jej siostrą, a to zupełnie co innego. Poza tym miała już piętnaście lat, była prawie dorosła i oburzała się święcie za każde nazwanie jej ‘dzieciakiem’. No i z nią było już zupełnie inaczej, za każdym razem, kiedy słyszała jej imię, przychodziła jej na myśl córeczka Jamesa. Dziecko, któremu zabrała ojca. Żeby nie zapomnieć, co mu wyrządziła, własne dziecko ochrzciła jego imieniem. Niemniej Arrana nie powinno dziwić, że Jackie Garroway zdecydowała się urodzić dziecko. Nie miał prawa mieć jej za złe, że chciała wreszcie mieć kogoś, kogo mogła szczerze i z wzajemnością kochać, nie obawiając się, że od niej odejdzie. To była jego wina. Gdyby dziesięć lat temu zatrzymał ją przy sobie, nie stałaby tu teraz, pod jego drzwiami, w zupełnie obcym kraju, szukając syna. Przy nim nie bałaby się, że cokolwiek może stać się jej dziecku, przy nim nic złego by się im nie stało. Jakkolwiek irracjonalnie to brzmi, przy Arranie czułaby się bezpiecznie, jak nie czuła się od dobrej dekady.
– To nie jest tak, jak myślisz, Arran – rzuciła żałośnie, głosem, który zadrżał niebezpiecznie, gdy wypowiadała imię mężczyzny. W jej szarych oczach zatliła się panika. Podświadomie wiedziała już, jak skończy się ta rozmowa i miała ochotę zacząć wyć z rozpaczy. To już koniec. – To nie tak, Arran. Dobrze wiesz, że nie przyszłabym tu, gdybym nie musiała. Nigdy nie burzyłabym twojego świętego spokoju bez potrzeby. Ale to jest moje dziecko, Arran. Od trzech miesięcy jest gdzieś, nie wiem gdzie, nie wiem nawet, kto to zrobił i dlaczego. A ja chcę tylko mieć znów przy sobie mojego małego synka, całego i zdrowego, rozumiesz? Przyszłam z tym właśnie do ciebie, bo jesteś jedyną osobą, której ufam na tyle, by powierzyć jej los mojego dziecka. Mojego dziecka, nie Toma. Nie proszę cię, żebyś szukał jego syna, tylko mojego. Właściwie ja nawet nigdy nie myślałam o nim, jak o ojcu tego dziecka… – ostatnie zdanie dorzuciła cicho, z zakłopotaniem odwracając głowę w bok i zagryzając wargę. Dla niej James nigdy nie był synem Toma, tak jak Tom zawsze był dla niej mężem wyłącznie na papierku. Między nimi nic nigdy nie było i nigdy nie będzie.
Słysząc, jak odsyła ją do policji, gwałtownie odwróciła wzrok w jego stronę, po czym złapała się za głowę, a z jej gardła wydobył się histeryczny śmiech. Brzmiał tak, jakby ktoś przejechał nożem po szkolnej tablicy.
– Policja, Arran, mówisz poważnie? Po tym wszystkim, co się wtedy wydarzyło, po tym, jak nie kiwnęli nawet palcem, jak uznali Ravena i Jamesa za zaginionych bez szans na odnalezienie, ty naprawdę każesz mi szukać pomocy w policji? – rzuciła drwiąco. Zmrużyła delikatnie oczy, a w końcu zdobyła się nawet na nieco krzywy, gorzki półuśmiech. – James jest tutaj, Arran, nie w Wollerstone. Tu, w Oslo. A ty właśnie skazujesz go na… na śmierć. – Głos załamał jej się na ostatnim słowie, a Jackie, czując, że dłużej tego wszystkiego nie zniesie, posłała Arranowi ostatnie, rozdzierająco smutne spojrzenie i zbiegła po schodach. Kiedy mijała mężczyznę, rzuciła jeszcze tylko ciche, przepełnione żalem: „zawiodłam się na tobie, dzieciaku”.
[część II]
UsuńIle to już minęło od czasu, kiedy opuściła jego kamienicę? Ach tak, dwa kieliszki czystej wódki, jedenaście wypalonych papierosów i siedem nieodebranych połączeń od mężczyzny, którego nazywała mężem. Ani jednego od tego, którego naprawdę kochała. Siedząc w hotelowym barze, odpalając jednego papierosa od drugiego, zastanawiała się, co tak właściwie zrobiła ze swoim życiem. Płakała nad pustym kieliszkiem, nie zwracając uwagi na posyłającego jej współczujące spojrzenia barmana, w myślach obrzucając Arrana błotem i próbując wmówić sobie, że zrobiła już wszystko, co w jej mocy, by uratować synka, że teraz mogła już czekać wyłącznie na cud. Albo na informację o znalezieniu zwłok.
Nie do końca pamiętała, co skłoniło ją do podjęcia tak ostatecznej i desperackiej próby. Nie wiedziała, czy sprawił do pocieszający głos barmana, który raz za razem podawał jej czyste chusteczki, by mogła otrzeć łzy płynące bez przerwy i cieknący nos, siedemnasty papieros czy może raczej trzeci kieliszek wódki, jak wlała w siebie kilka chwil przed ponownym opuszczeniem hotelu. Nie można było powiedzieć, żeby była zupełnie pijana, jednak Jackie zawsze miała słabą głowę, nic więc dziwnego, że trzeźwa też w stu procentach nie była. Ale, na litość boską, jedyna osoba, która mogła znaleźć jej dziecko, odmówiła pomocy, a ona z każdą upływającą minutą robiła się coraz bardziej wściekła, wolno jej było!
Wspinając się ponownie po schodach tej starej, zadbanej kamieniczki, którą opuściła ledwie parę godzin temu, czuła się tak, jakby sama była ciężkim czołgiem z wielkim działem, którego nic nie jest w stanie zatrzymać. I pewnie nawet nie zawracałaby sobie głowy czymś tak prozaicznym jak pukanie, gdyby nie to, że kiedy nacisnęła klamkę i chciała wejść od razu do środka, zaliczyła mało przyjemne spotkanie z drzwiami. Syknęła, przykładając dłoń do bolącego czoła, ale cofnęła się tylko mały kawałeczek. Kiedy już otrząsnęła się z szoku, jeszcze bardziej wściekła energicznie zapukała. Zrobiła to tak mocno, że aż zabolały ją kostki.
– Arran, do cholery jasnej, otwieraj te pieprzone drzwi! – Oderwała dłoń tylko po to, by za sekundę z powrotem załomotać w drzwi. Tak, tym razem był to już łomot. Nie było mowy, żeby odeszła. – Otwieraj, Clifford, wiem przecież, że tam jesteś! – warknęła.
[HA HA]
OdpowiedzUsuń[Ojej, jaka mroczna postać ;D Witam Cię na blogu, życzę przyjemnego pisania ;)]
OdpowiedzUsuńTo z pewnością nie będzie najmilsze spotkanie, jakie zaliczyli dotychczas w życiu. Prawdopodobnie będzie jednym z tych najmniej przyjemnych. Posypie się wiele nieprzemyślanych, nieostrożnych słów, które zapieką do żywego oboje. Ale na dobrą sprawę czy można winić za to którekolwiek z nich? Czy można mieć za złe matce, że za wszelką cenę chce odzyskać swoje dziecko? Czy można mieć za złe mężczyźnie, że nie chce widzieć na oczy kobiety, która złamała mu serce? Nie można.
OdpowiedzUsuńJackie nie przemyślała tego kroku. Ani chwili nie zastanowiła się, jakie skutki może mieć wtargnięcie do mieszkania Arrana i wykrzyczenie mu prosto w twarz wszystkiego, co miała do powiedzenia. Nie przemyślała tego, bo była zdenerwowana i zrozpaczona, w dodatku rzadko kiedy wykazywała się zdolnością racjonalnego patrzenia na sytuację. Prawdopodobnie stara Jacks, którą planowała wreszcie z siebie wypuścić, była człowiekiem kąpanym w gorącej wodzie, nic więc dziwnego, że zatrzymując się przed Arranem, nie miała nawet sensownie poukładanej listy oskarżeń i wyrzutów, jakie zamierzała mu przedstawić. Wszystko miało wylecieć z jej ust samo. Podobnie jak on parę godzin temu zamierzała pozwolić wreszcie dać upust wszystkiemu, co tłamsiła w sobie przez ostatnie dziesięć lat i ani myślała się powstrzymywać.
Zlustrowała od góry do dołu lekceważącą, jak odniosła wrażenie, postawę mężczyzny, dostrzegła, jak wywraca oczami, wydawało jej się, że jeszcze chwila, a Arran zacznie jej ziewać. Wszystko to jedynie dolało oliwy do ognia. Ustawiwszy się dokładnie naprzeciw niego w lekkim rozkroku, przez chwilę na zmianę zaciskała, to otwierała pięści, jakby nie mogła się zdecydować, czy ma mu przyłożyć, czy może jednak jeszcze trochę poczekać. Potem zmrużyła wściekle oczy, wydęła wargi i zaczęła swoją świętą tyradę, której i tak pewnie nie zamierzał słuchać.
– Jesteś kretynem, wiesz? Kretynem i cholernym egoistą! – warknęła. Ot, na dobry początek. – Do mnie masz pretensje? Oczekiwałeś, że przez resztę życia będę żyła jak zakonnica? Nie masz prawa winić mnie za to, że kazałeś mi spierdalać, a ja chciałam znaleźć w życiu coś, co dałoby mi powód do podnoszenia się rano z łóżka, Arran! Nie masz prawa mieć do mnie pretensji o to, że nawet nie próbowałeś walczyć! Jesteś tchórzem, poddałeś się, zanim jeszcze zacząłeś, a w dodatku kłamcą. Obiecałeś, że ZAWSZE przy mnie będziesz, a tymczasem co? W chwili, kiedy najbardziej cię potrzebuję, dowiaduję się, że wesoło odmrażasz sobie tyłek w Norwegii! I to od kogo? Od Smitha, Arran, rozumiesz to? Od Smitha! Myślałam, że masz chociaż na tyle jaj, że powiedziałbyś mi o tym, ale oczywiście nie, ty wolałeś uciekać, wolałeś kłamać, wolałeś zniknąć bez słowa! Typowe. Nawet teraz robisz to samo, uciekasz, zamiast stawić czoła problemowi. Przyjeżdżam za tobą, ty cholerny kretynie, na durny biegun, a ty zamykasz mi drzwi przed nosem tylko dlatego, że mam na palcu obrączkę! Czy ty chociaż przez sekundę się nad tym zastanowiłeś? Nie, oczywiście, że nie! Byłeś zbyt zajęty użalaniem się nad samym sobą! Oczywiście nie przyszło ci na myśl, że MÓJ syn może w tym czasie umierać gdzieś z głodu tuż pod twoim nosem! Gdyby to było twoje dziecko, też byś palcem nie kiwnął? Cholera jasna, ty pieprzony, durny egoisto, przecież gdybyś wtedy nie odszedł, to BYŁBY TWÓJ syn! – wysyczała z furią, ale i wyraźnym bólem w oczach. Tylko ślepy nie zauważyłby, jak bardzo chciała, by te słowa były prawdą. A choć bardzo nie chciała, by Arran akurat w tej chwili stał się ślepy, nie mogła nic poradzić na to, że rozsadzająca ją już wcześniej energia, mało pozytywna dodajmy, która w trakcie całej przemowy objawiła się ledwie jednym czy drugim szturchnięciem w ramię, teraz musiała znaleźć ujście i gdy tylko kobieta skończyła mówić, doskoczyła do Arrana. Szczęśliwie powstrzymała się od większych głupot, swoją wściekłość manifestując wyłącznie ciskającym gromy spojrzeniem i odrobinę bardziej desperackim szturchnięciem.
A więc tak to teraz wyglądało? Za taką ją miał? Myślał o niej jak o zapijaczonej, zdesperowanej matce? Nie była już jego małą Jacks, a jedynie pijaną i w dodatku pewnie też szaloną kobieciną, która zdolna jest do wszystkiego, byle tylko ocalić swoje dziecko. W pewnym stopniu może i miał rację, choć kim jak kim, ale alkoholiczką jeszcze nie została. Po prostu wybrała sobie zły dzień na trzaśnięcie kilku głębszych. Raz do roku to i świni można, ale jak widać, nie każda świnia ma wystarczająco mózgu, by wiedzieć, kiedy ten dzień będzie odpowiedni. Mimo to Jackie nie potrafiła uwierzyć, że z taką łatwością Arran mógł zniżyć ją do tego poziomu. To tak, jakby wszystko to, co kiedykolwiek się między nimi wydarzyło, nagle przestało się dla niego liczyć, stało się nędznym, nic nieznaczącym pyłem zdmuchniętym przez porywisty wiatr, jakby to, kim kiedyś dla niego była, po prostu zostało wymazane z jego pamięci. Jasne, miał całkowite prawo być na nią wściekły równie mocno, jak ona w tej chwili na niego, może nawet znacznie bardziej, ale jak mógł sądzić, że tak po prostu o nim zapomniała? Tak jak wykrzyczała mu w twarz, naprawdę musiał być kretynem, jeśli nie widział tych subtelnych znaków i delikatnie rzucanych przez nią aluzji. Wcale nie przestała go kochać. Każdego dnia, odkąd wysiadła z jego samochodu tamtego wieczoru, tęskniła do niego tęsknotą tak ogromną i tak rozdzierającą serce i umysł, że tylko wspomnienie jego anielskiej twarzy i myśl, że nie wybaczyłby jej, gdyby to zrobiła, powstrzymywały ją od zejścia z tego świata. Wiele razy zamykała drzwi i wrzucała klucz pod szafę, byle tylko nie wybiec z mieszkania i pobiec z powrotem prosto do niego. Wiedziała, że on by tego nie chciał, a ona nie chciała po raz kolejny znosić jego odrzucenia. Wiedziała, że kazałby jej odejść pomimo swojej miłości, bo nie chciałby, żeby cokolwiek jej się przy nim stało. Wiedziała to i szanowała jego decyzję, ale najwyraźniej on nie był w stanie tego dostrzec.
OdpowiedzUsuńOszołomiona zmianą, jaka w nim zaszła, stała w bezruchu, patrząc na niego oniemiałym wzrokiem. Każde jego kolejne słowo wbijało się w jej umysł niczym igła w materiał, na nowo rozdrapując stare, na dobrą sprawę nigdy niezabliźnione rany. Lecz zanim zdążyła zrobić cokolwiek, by uratować choćby małą cząstkę siebie, Arran otworzył przed nią drzwi sypialni, a wtedy ona musiała przytrzymać się ściany, by nie upaść.
Jej mały synek. Całe łóżko mężczyzny zasłane było zdjęciami Jamesa i jakimiś papierami. Jackie nie mogła w to uwierzyć. Przyszła tu, jak jakaś kretynka, zionąc mu w twarz wódką i robiąc niestworzone wyrzuty, a nagle okazuje się, że zupełnie bezpodstawnie, bo Arran jednak nie był takim egoistą, za jakiego go miała. Pomyślała, że jest najgorszą suką na świecie, a na samą tę myśl żołądek zawiązał się w supeł. Na sztywnym nogach podeszła do łóżka, nie zdolna powiedzieć cokolwiek, ale już znacznie spokojniejsza. Wściekłość na jej twarzy zastąpiło nagle zdumienie i troska, przemieszane ze wstydem i czymś, co łudząco przypominało miłość.
Stanąwszy przed łóżkiem zatrzymała się i przez kilka chwil przyglądała się temu wszystkiemu, co na nim zostało rozłożone. Mnóstwo zdjęć Jamesa, na widok których serce ścisnęło jej w piersi, a oddech uwiązł w gardle, jakieś pospiesznie robione notatki, jedna mapa i akta wszystkich spraw, jakie kiedykolwiek w życiu rozegrała. Powoli osunęła się na kolana, nie odrywając wzroku od tego zbiorowiska. Przez parę długich sekund trwała tak jeszcze, a potem… potem po prostu zaczęła płakać. Na początku było to wyłącznie kilka słonych łez spływających po policzku, ale gdy wreszcie udało jej się odwrócić i spojrzeć w Arrana, na widok jego twarzy, jej ciałem wstrząsnął niekontrolowany szloch. Nie potrafiła go powstrzymać, nawet nie próbowała. Pozwoliła spływać swobodnie słonym kroplom i zbierać się na jej brodzie, mamrocząc pod nosem nieskładne przeprosiny w kierunku Arrana.
Śmiało polemizowałabym ze stwierdzeniem, że pokazywanie Jackie zdjęć syna było złym pomysłem. Osobiście uznałabym go za jak najbardziej trafiony. Dzięki temu, co zobaczyła, wreszcie przestała krzyczeć, uspokoiła się (no, względnie, popadanie ze skrajności w skrajność pomińmy dla dobra ogółu) i przypomniała sobie, że teraz nie najważniejsze jej czyjekolwiek złamane serce, a mały, bezbronny chłopiec, któremu Bóg jeden wie, co robią porywacze i czy dziecko w ogóle żyje. Cała złość, z jaką tu przyszła, ustąpiła przed wstydem, żalem, smutkiem i nieopisaną wdzięcznością. Zdecydował się jej pomóc, nie zostawił jej na lodzie, nie odwrócił się i nie odszedł. Tym razem przy niej został.
OdpowiedzUsuńJedna, prosta myśl w połączeniu z dotykiem mężczyzny sprawiły, że Jackie nagle napełniła nowa nadzieja. Arran jej pomoże, znajdzie jej syna i będzie przy niej teraz, kiedy najbardziej go potrzebuje. Może nawet pozwoli sobie wyjaśnić kilka rzeczy, może zrozumie i przebaczy, a może zechce wrócić. Prawdopodobnie przyjęłaby go z otwartymi ramionami. Małżeństwo było dla niej jedynie papierkiem, nic nieznaczącym świstkiem, nie bez powodu zachowała panieńskie nazwisko, odmawiając przejęcia nazwiska Toma. O wiele więcej liczył się dla niej Arran i to, co do niej czuł. Nie musiał jej kochać, wystarczyło, by nie czuł do niej odrazy, by znów spojrzał na nią jak na Jackie, a nie jak na „żonę Toma-sroma”.
Nim zadzwonił telefon w jej kieszeni, bliska była dosłownie uwieszenia się szyi Arrana i wtulenia w niego jak zawsze to robiła. Niestety, Tom miał zdecydowanie inne plany i Jackie miała ochotę rozpłakać się jeszcze mocniej, bo wcale nie miała ochoty z nim rozmawiać, ale tym razem Clifford zostawił ją samą na polu bitwy. Wcale mu się nie dziwiła, z tak bliska dokładnie widziała wyraz odrazy i niechęci, jak wymalował się na twarzy chłopaka, kiedy dostrzegł, kto próbuje się z nią skontaktować. Garroway miała szczerą ochotę zrobić to samo. Szczególnie, gdy zadzwonił tylko po to, by powiedzieć, jej, że policja nie znalazła żadnych nowych śladów w sprawie zaginięcia. Na pytanie, gdzie ma po nią przyjechać, odpowiedziała, żeby się nie fatygował, bo wybrała się tylko na spacer i chce jeszcze trochę pobyć sama. Przecież nie mogła mu powiedzieć, że właśnie zrobiła awanturę swojemu dawnemu kochankowi – wciąż obecnej miłości, notabene mordercy – i że właśnie zasiądą do herbatki, by wspólnie zastanowić się, co mogło się stać z jej synem.
Rozłączając się, odetchnęła z ulgą. Ostatni raz przetarła policzki, ścierając z nich resztki mokrych łez, lecz oczy pozostały czerwone i lekko spuchnięte, co było ewidentnym znakiem niedawnej fontanny, jaka z nich wyciekła. Resztkami makijażu, który teraz pewnie miała rozmazany po całej twarzy, nawet nie chciała się przejmować, zajmie się nim potem. Teraz potrzebowała herbaty, by móc się wreszcie naprawdę uspokoić. I Arrana, jego pokrzepiającej bliskości. Poczuła kłucie w okolicach serca, ale zignorowała je i odwieszając płaszcz na poręczy krzesła stojącego przed niedużym biurkiem, opuściła sypialnię, nie wiedzieć po co cicho zamykając za sobą drzwi.
Kiedy weszła do kuchni, kubek z napojem już stał na stole. Jackie niemal zakręciło się w głowie, kiedy poczuła zapach mocnej, dobrze zaparzonej czarnej herbaty. Była pewna, że Arran nie posłodził jej nawet ziarnkiem cukru. Do tej pory pamiętał, co lubi pić najbardziej i czego potrzebuje w chwilach takich jak ta. Uznała to za dobry omen. Czy pamiętał też, jak bardzo w takich chwilach miała ochotę przylgnąć do niego i słuchać jego uspokajającego tomu, choćby i wyłącznie recytował ejj instrukcję ekspresu do kawy? Z cichym, ledwo słyszalnym westchnieniem, opadła na kuchenny stołek, jednocześnie przygarniając do siebie naczynie z napojem. Chwilę studziła go niespiesznie, potem pociągnęła łyk. Parząc sobie wargi mimo wszystko, skrzywiła się lekko. Przeniosła spojrzenie na Arrana.
– Nawet nie masz pojęcia... - zaczęła, ale nie dokończyła. Zamiast tego z powrotem przeniosła wzrok na parującą herbatę. Trwała tak minutę, może dwie, a widząc, że mężczyzna wcale nie kwapi się do przerwania ciszy, nieporadnie potarła dłonią z obrączką o materiał ciemnych dżinsów. - Pytałeś, kiedy ostatni raz o tobie myślałam. Prawdę mówiąc: wczoraj wieczorem. Zanim zasnęłam. Zastanawiałam się, jak ułożyłeś sobie życie. Długo się nie odzywałeś, a Smith... On nie chciał mi niczego powiedzieć. Chyba nie za bardzo mnie lubi. - Kącik jej ust drgnął w parodii uśmiechu. Nagle o czymś sobie przypomniała. - Kiedy powiedział ci, że dla niego pracuję?
UsuńSłuchała go uważnie, przyglądając mu się z lekko przechyloną głową. Jedną dłonią obejmowała swój gorący kubek, drugą łydkę nogi, którą podciągnęła na taboret, podpierając stopę o siedzenie. Uśmiechnęła się delikatnie, kiedy wspomniał o swoich włosach. Naszła ją niemożliwa ochota, żeby wyciągnąć dłoń i przeczesać palcami jego kosmyki, poczochrać je trochę, ot, dla przekory i dla żartu. Nie zrobiła tego. Nie miała pojęcia, jak zareagowałby na tak prozaiczny gest, jakim zawsze raczyła dwójkę swoich najukochańszych dzieciaków, z czego zarówno Ellie, jak i James robili identyczne, święcie oburzone miny, co w samej Jackie wywoływało jedynie śmiech. Arran jednak nie był żadnym z nich, a ona nie chciała ryzykować. Atmosfera, jak jej się wydawało, powoli stawała się nieco czystsza, mniej napięta, nie chciała tego psuć ani tym bardziej wpędzać ich w jakieś zakłopotanie. Mimo wszystko minęło dziesięć lat. Dziesięć lat to nie dzień czy dwa, to nawet nie tydzień, miesiąc. Nie byli już tymi samymi ludźmi.
OdpowiedzUsuń– Osobiście wolałam, kiedy były dłuższe i jaśniejsze, ale to przecież twoje włosy – rzuciła, tknięta jakimś wyjątkowo radosnym wspomnieniem. Chyba nie było to najmądrzejsze z jej strony, skoro miała nie psuć atmosfery, ale nie starała się być szczególnie nachalna, a przynajmniej taka miała nadzieję. Chciała tylko, by choć przez chwilę porozmawiali normalnie, bez skrępowania, zanim przejdą już do tematu Jamesa.
Wywróciła oczami w myślach, kiedy rozmowa z powrotem wróciła na temat Smitha. Jasne, ty zawarłeś z nim dżentelmeńską umowę, ja miałam to na papierze, a i tak to twojej obietnicy dotrzymał. Zero faworyzacji wśród pracowników, zaśmiała się z lekką ironią. Zaraz jednak prychnęła rozeźlona, kiedy usłyszała, że Smith od początku nie zamierzał dotrzymywać z nią umowy. Sprawdziła ją co najmniej cztery razy tak, by mieć pewność, że nie pozostanie tam ani jedna luka, którą starszy mężczyzna mógłby wykorzystać. Jak widać, jej trud okazał się nadaremny, bo najwyraźniej czuł się wystarczająco pewnie, by nawet nie próbować szukać kruczków. Jackie stwierdziła, że będzie musiała z nim poważnie pogadać, choć zaraz potem pomyślała, że najpewniej i tak nic jej to nie da. Mruknęła pod nosem coś, co mogło zabrzmieć jak „głupi kutas”. Chyba jednak nie do końca wyzbyła się siebie sprzed dziesięciu lat. Jakaś jej część, może nawet całość, tylko bardzo dobrze ukryta, wciąż w niej tkwiła i czekała, by pozwolić jej z powrotem wydostać się na zewnątrz.
– Właśnie dlatego nie chciałam, żeby ci o czymkolwiek wspominał – westchnęła, nachylając się nad herbatą. Spróbowała sklecić jakąkolwiek wiarygodną odpowiedź na jego pytanie, bo jasnym dla niej było, że prawdy nie może wyznać. Starczyło jej, że wyszła już przed nim na rozhisteryzowaną, rozwrzeszczaną awanturniczkę (jakby to pierwszy raz), nie zamierzała robić z siebie jeszcze sentymentalnej, karmionej durną i irracjonalną nadzieją idiotki, która dla nierealnych mrzonek wchodzi wprost w paszczę lwa. – Pieniądze? – spróbowała, ale gdy tylko zerknęła na blondyna, a raczej już bruneta, zrozumiała, że tego nie kupił. Nie dziwiła mu się. Właściwie sama sobie by nie uwierzyła. Jej ojciec miał ich wystarczająco i oboje dobrze o tym wiedzieli. – Czy to ma jakiekolwiek znaczenie, Arran? Cokolwiek bym ci teraz powiedziała i tak byś mi nie uwierzył. Nie ma sensu strzępić języka. Myślisz, że to, że z nim współpracuję, może mieć jakikolwiek związek z zaginięciem Jamesa? – spytała, chcąc jak najszybciej zakończyć niewygodny temat i przejść do tego, po co tak właściwie tu przyszła.
Drgnęła zaskoczona, słysząc śmiech mężczyzny, i gwałtownie uniosła głowę znad kubka, nad którym właśnie się pochylała, dmuchając od niechcenia w jego zawartość. Przez krótki moment patrzyła na Arrana szczerze zaskoczona tą jawną manifestacją radości, a potem lekko pokręciła głową, sprawiając, że kilka kosmyków opadło jej przy tym na czoło. Odgarnęła je niecierpliwym ruchem ręki, by w końcu sama wyszczerzyć się do bruneta jak głupia. Od dziesięciu lat nie słyszała jego śmiechu, a wspomnienia mimo wszystko blakły. Mogła pamiętać dokładnie każdą scenę, ale szczegóły takie jak brzmienie głosy, których nie miała sposobności sobie odświeżyć, nie mogły być wieczne. Dlatego tak żywo zareagowała na jego śmiech – szczery i niewymuszony, jak liczyła, a serce nieco szybciej zatrzepotało radośnie w piersi.
OdpowiedzUsuń– Wiesz, Clifford. Dyszka więcej na karku, już nie te lata, chłopie – mrugnęła do niego, niby to niewinne nawijając włos na palec, ale zaraz sama nie wytrzymała i parsknęła cichym śmiechem. Tęskniła za tym. Do tej pory nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo za tym tęskniła. Za szczerą, beztroską rozmową z kimś, komu mogła powiedzieć wszystko. Za śmiechem, przyjacielskim dogryzaniem, siedzeniem w kuchni i popijaniem herbaty. Za nim, po prostu. Była święcie przekonana, że w każdych innych okolicznościach, nie dałaby mu się za żadne skarby wyrzucić z tej kuchni, dopóki nie nacieszyłaby się jego obecnością, choćby i na odległość. Nie pozwoliłaby na przejście na jakiekolwiek poważniejsze tematy, chcąc do maksimum wykorzystać tę chwilę. Nie miała przecież pojęcia, kiedy z powrotem nadarzy się podobna okazja i czy w ogóle. Niestety, przykry ich los, że tym dwojgu zawsze leciały kłody pod nogi, nigdy niedane im było to, czego by pragnęli. Dlatego kiedy tylko Arran wszedł z powrotem na temat jej syna, spoważniała, żałując, że zabawa musi się już skończyć, choć właściwie dopiero się zaczęła. Przyłapując się na tej myśli, skarciła się natychmiast. Nie powinna żałować, że próbuje odnaleźć syna, zamiast wydurniać się i stroić głupie żarty. Nie czuła się z tym najlepiej, ale nic nie mogła na to poradzić.
– Niedługo skończy pięć lat – odruchowo poprawiła Arrana. Ale i tak nie chodzi nigdzie sam. Umarłabym ze strachu, że coś może mu się stać. Nie wiem, Arran, naprawdę nie mam pojęcia, kto to mógł zrobić. Wiem tylko, że tamtego dnia zniknął w drodze powrotnej z przedszkola. Albo tuż przed tym, zanim Tom miałby go odebrać. Potem nie było już żadnych wieści. Żadnego żądania okupu czy zmiany wyroku, żadnych dziwnych telefonów, maili, nic. A Oslo, to mógł być czysty przypadek. Ktoś po prostu chciał go wywieźć jak najdalej ode mnie. Tyle się teraz mówi o handlu dziećmi… – głos zadrżał jej, gdy wypowiadała te słowa. Na samą myśl, że jej synek mógłby zostać sprzedany jak jakaś zwyczajna rzecz, żołądek podchodził jej do gardła. Już otwierała usta, by dodać coś jeszcze, gdy nagle rozległ się dzwonek do drzwi. Popatrzyła pytająco na Arrana, ale ten nie kwapił się, żeby cokolwiek wyjaśniać. Po prostu wstał i poszedł otworzyć. Chwilę później wróciło kuchni z jakąś… kobietą? Jackie zmrużyła oczy, taksując ją uważnym spojrzeniem od góry do dołu. Była całkiem ładna, zgrabna i nie wydawało się, żeby była od niej szczególnie starsza. Właściwie zapewne nie przekroczyła jeszcze magicznej trzydziestki, z nogami do nieba, urocza w ten niebezpieczny, dziki sposób. Było w niej coś, co kazało trzymać się Jackie na baczności. Mieć oczy szeroko otwarte a przede wszystkim – mieć na oku Arrana.
– Ty jesteś pewnie Jackie? – zainteresowała się dziewczyna, nienaganną wręcz angielszczyzną. Czyżby Brytyjka? Czyżby Arran przywiózł ją tu ze sobą aż z Wollerstone?
Jackie odstawiła kubek i podniosła się ze swojego miejsca, krzyżując ręce na piersiach i opierając się lekko pośladkami o stolik za sobą.
– To zależy, kto pyta – mruknęła w odpowiedzi, pytająco unosząc brew.
[Dziękuję!]
OdpowiedzUsuń