NIE DAJMY OSLO UPAŚĆ, ZAPRASZAMY NOWYCH AUTORÓW!

sobota, 28 grudnia 2013

vulnerant omnes, ultima necat.

 Czasem w życiu każdego człowieka jawi się wspomnienie, którego nie sposób ubrać w słowa. Wspomnienie tak nikłe, że niezwykłą trudnością okazuje się przywołanie kilku, wyrazistych aspektów, a jednocześnie tak ważne, że gotowi jesteśmy poświęcić wszystko, w imieniu obrony jego istnienia. Nawet, jeśli miało by to oznaczać najdłuższą ze stoczonych przez nas bitew. By je ujrzeć, udaj się ze mną w pewną podróż. Podróż na pozór krótką i nieniosącą za sobą jakichkolwiek konsekwencji.  
Zamknij oczy.
 Weź głęboki oddech, wyobraź sobie, że harmider panujący na ulicach milknie, by posłusznie ustąpić miejsca radosnemu wyśpiewywaniu świątecznych kolęd i zapachowi żywych iglaków, ustrojonych ogromem błyszczących ozdób. Teraz spójrz, czas zaczyna się cofać. Wskazówki zegara bez oporu zmieniają kierunek, w którym podążały nieprzerwanie od początku swego istnienia. Jest trzydziesty stycznia tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego roku. Dzień, w którym na świecie pojawiła się dziewczynka na pozór nie różniąca się od niezliczonej ilości innych dzieci. M i a ł a na imię Rosalie Seduisant...




Blada cera.                          Nieregularny, szybki krok.                                               Zmrużone powieki.     
                                      Głębia hebanu zamknięta w kosmykach.             Skromność.
  Sto siedemdziesiąt pięć centymetrów drobnostki.                                        Ambicja.                        Fotograficzna pamięć.                               Blado-różane usta.                                          Dziwnie opowieści.
Przygryziona warga.    Nieszablonowść.     Filigranowa niewinność.
    Kot Maniek.                      Zwiększona tolerancja glukozy.         Tęczowe drinki.
Strach.                Pomruk rozkoszy.                                                 piekło w duszy, niebo w oczach.
Winyle.                    Fascynacja.                  Długie nogi.                    Aspołeczność.
Miłość?                              Czekoladowe lody.                    Wyczulone zmysły.
              Dwie lewe nogi.               Zakazany owoc.                         Urywany   oddech.        
          
     Przerażenie.            Przyspieszone bicie serca.      
Bezczelnie naturalne spojrzenie.              Bystrość.                                             Ujmujący uśmiech.     

   Intensywność.         Nieśmiałość.        Dystans. 
                                                  Niecodzienność.                                                          Owoce.                                         

                Rozciągnięte swetry.                  Brytyjski akcent.  

Studentka prawa.             Dwadzieścia trzy lata.           Kawalerka.
                              Kelnerka w ekskluzywnej restauracji.                   Białe róże.
Zapach wanilii.                            Ciepła herbata.  
                                         Ciągła ucieczka.






 *                                *                                   *
Cześć. : - )
Obraz Rosalie mam w głowię, więc od Ciebie zależy czy m o j a Rose stanie się T w o j ą Rosalie.
Zapraszam do wątków, wszystko do ustalenia.
Ja nie gryzę.
Rose tylko trochę.

1 komentarz:

  1. [ Jak to nic ciekawego nie ma? Karta napisana w baaardzo ciekawy sposób! Podoba mi się :D
    W sumie to nic ambitnego, ale tak mi pewna scena przyszła do głowy więc zacznę! ]

    Pochmurny wieczór gdzieś na opustoszałych uliczkach uśpionego miasta - są tylko we dwoje. Czują bicie swoich serc, czują wzajemne oddechy, rozpływają się pod wpływem magnetycznych emocji wirujących w powietrzu. Morderca i niewinne dziewczę z dobrej rodziny, czy taka miłość ma prawo bytu? Dramat. Tragedia. Absurd.
    Jedynym miejscem, do którego Monday mogła wybrać się na przerwę była ekskluzywna restauracja, tuż niedaleko miejsca jej pracy. Zjawiała się tam codziennie, zamawia najtańsze danie i pospiesznie kreśli coś na kartkach papieru. Podobnie było i dzisiaj, zamówiła to co zwykle, usiadła w rogu i wyjęła projekty. Jak oddać tragizm sytuacji, a jednocześnie pełną namiętności chwilę w dekoracjach? Przepych. Wszystkie emocje muszą kłębić się na scenie, trzeba dać im jak najmniej miejsc do ucieczki. Może czerwień przepleciona szarawymi ścianami z tektury? Może ruchoma konstrukcja, obracająca się wraz ze zmianą sceny? Nie, nie. Miało wyjść jak najtaniej...
    Inspiracja, natchnienie, wena, czy po prostu złota myśl spłynęła nagle na Monday jak grom z jasnego nieba! Chwyciła za ołówek i zaczęła kreślić na kartce główne elementy wystroju, zapisując z boku dominujące kolory. Chyba udało jej się uchwycić tę główną myśl! Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie chwila nieuwagi i przypadkowe szarpnięcie za obrus. Lampka czerwonego wina niebezpiecznie przechyliła się na bok i po chwili już cała jej zawartość wylała się na drogocenną kartkę z zajawką projektu scenografii do planowanej sztuki. Monday gwałtownie podniosła się z krzesła i wymachując rękoma, podniosła kartkę z czerwonej kałuży. Jak już pech się zacznie, to ciągnie dalej - stojący na rogu stołu talerz z makaronem z sosem grzybowym, zachwiał się i spadł, zahaczając przy okazji o młodą kelnerkę, która akurat znalazła się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie. Monday zastygła w bezruchu, wstrzymując oddech i podążając wzrokiem w kierunku kelnerki.
    - Przepraszam, najmocniej! Ja musiałam... - pomachała kartką, z której skapnęło kilka kropel wina. - Musiałam ratować... Przepraszam!

    Monday

    OdpowiedzUsuń