NIE DAJMY OSLO UPAŚĆ, ZAPRASZAMY NOWYCH AUTORÓW!

sobota, 28 grudnia 2013

You will never be broken down.


Oh my native land, stand proud, facing the future


Pewnej mroźnej zimy, dnia 15 stycznia 1988 roku na południu Finlandii na świat przyszedł kolejny członek rodziny Hietanen. Jednak cała zebrana familia, zamiast świętować narodziny syna, zachowywała się tak, jakby ktoś im właśnie umarł. Nie ma się co dziwić, było to szóste z kolei dziecko w najmłodszym pokoleniu rodziny, w dodatku kompletnie nieplanowane. I już od tamtej pory wiadomo, że Olli Hietanen w swoim życiu łatwo mieć nie będzie.

Chłopiec spokojnie dorastał w Lahti, zanim nieszczęśliwy wypadek spowodował nagłą przeprowadzkę do norweskiego Oslo. A co to za wypadek? Dowiecie się w przyszłości. Może. Chłopak nie przepada za zwierzaniem się ze swojej przeszłości. Od urodzenia Olli miał życiowego pecha, prawie każda rzecz działa się zupełnie inaczej, niż on to sobie zaplanował. Przykład? W wieku 10 lat, podczas powrotu ze szkoły poślizgnął się na rozwiązanej sznurówce. I przez to spędził 2 miesiące w szpitalu, podłączony do respiratorów i innych sprzętów medycznych. Nie raz próbował odebrać sobie życie, ale nawet to mu nie wychodziło. Jako piętnastoletni chłopak popadł w depresję, jego istnienie w tym „durnym, przepełnionym bezmyślnymi istotami i żałosnymi przedmiotami” mieście stawało się coraz bardziej bezsensowne. Na domiar złego stracił całą najbliższą rodzinę, został tylko on i jego pogłębiająca się depresja.



Dziś Olli ma 25 lat, wiedzie dość stabilne życie w malutkim domku przy ulicy Geitmyrsveien. Skończył studia, ma dobrą pracę i wiernego psa. Jedyne, czego mu w życiu brakuje, to bliskości drugiej osoby. Najbliższe grono przyjaciół wciąż próbuje znaleźć mu wybrankę (a może wybranka? Sam tego do tej pory nie wie) serca. Problemem nie jest tutaj jednak wygląd, lecz charakter. Po dość pechowym i niezbyt szczęśliwym dzieciństwie pozostał lęk przed zaspokajaniem swoich potrzeb. Bo co się stanie z jego słabą psychiką, gdy znowu zostanie odrzucony? Nie będzie łatwo.

*****************************************************************************************

Witam wszystkich serdecznie! Przedstawiam się jako wielka fanka Norwegii i wszystkiego, co posiada cechę "nordycki", więc myślę, że powinnam idealnie wpasować się w klimat bloga ;)
Jeśli macie ochotę na wątki - czekam z otwartymi drzwiami i talerzem pełnym ciasteczek :D
* tytuł oraz nagłówek postu pochodzą z utworu Korpiklaani - Native Land*

14 komentarzy:

  1. [ Aaa, witamy serdecznie pierwszego pana na blogu!! :D
    Nie widzę tu żadnych powiązań z moją Monday, więc chyba będzie trzeba zacząć od zera. Masz może jakieś propozycje? :) ]

    Monday

    OdpowiedzUsuń
  2. [Witam, witam! :) Jasne, jasne, problem tkwi jedynie w tym, że ja jestem wypruta z wszelkich pomysłów, ale.. jeżeli Tobie uda się coś wymyślić, to ja się dostosuję! :D]

    L. Rybak

    OdpowiedzUsuń
  3. Poza parzeniem kawy, okazjonalnym przypatrywaniem się piekących się ciastek, robieniem porządków w biurku i płaceniem rachunków, poza kawiarnią, Laurel nie miała nic więcej. A sens jej życia nadawał pies, który i tak czasami wolał polatać po całym Oslo i wrócić zmęczony do domu niż chociażby posiedzieć z nią. Ale to w końcu zwierzę, a czego mogłaby spodziewać się od zwierzaka? Prawie niczego, no właśnie. Uwielbiała poznawać nowych ludzi, zawierać przyjaźnie, wychodzić do klubów, ale odkąd poznała Finna ta jej część zwyczajnie prawie wymarła. Teraz była o wiele bardziej zamkniętą w sobie osóbką, niż wtedy, gdy opuszczała rodzinny dom w Finlandii. Kochała Norwegię całym sercem i z każdym dniem utwierdzała się w przekonaniu, że właśnie to jest jej miejsce na Ziemi. Ale przestała korzystać z życia, w wyniku czego dni zaczęły się wręcz ze sobą zlewać, nie działo się nic ciekawego. Aż pewnego dnia zaskoczyła ją pewna osoba. Osoba, pracownik, naprawdę dobry pracownik, który zaprosił ją na spacer i kolację. Niby nic, a jednak coś. W końcu była kobieta, prawda? No i oczywiście na samym początku odmówiła, bo jakżeby inaczej?
    Była sobota, a Laurel musiała zerwać się wcześniej niż zwykle i dokonać kilku przelewów w kawiarni. Tak długo jej to zeszło, iż nawet nie usłyszała, że w lokalu zebrało się już kilku klientów, a praca poszła wre. Wyszła z biura i od razu podeszła do blondyna, który właśnie skończył przyjmować zamówienie.
    - Panie Hietanen, czy pana propozycja jest nadal aktualna?

    L. Rybak

    OdpowiedzUsuń
  4. [ Fajny ten pan. Nie dość, że ładne zdjęcia, to jeszcze coś w nim jest pociągającego :). Taki zamknięty.
    Wyczytałam sobie, że znajomi ciągle próbują go wyswatać, więc może Sam była by takim strzałem? To mogłoby być interesujące. On zamknięty w sobie, ona nie mówiąca wiele o sobie, rozgadana a jednak tajemnicza. Mogą się dziać śmieszne rzeczy :). Jak masz lepszy pomysł to daj znać, bo ja chętnie zacznę ;) ]

    OdpowiedzUsuń
  5. [ No problemo :D. Zaczynam ]
    Może i nie musiała tego robić, ale wiele razy przekonała się już, że poznawanie ludzi ma swoje plusy. Może i tylko czasami przynosiło to jej korzyści w postaci konkretnych kontaktów, ale nie jednokrotnie dzięki temu udało jej się dostać w miejsca, o których nie miała pojęcia i co nieco zauważyć. Była czujna i nie dawała wiele po sobie poznać. Musiała taka być, ta praca to nie były przelewki.
    Często poznawała też po prostu interesujących ludzi. I tak o to było z Amandą. Poszła na kawę i na dobre ciastko, bo jej lodówka po nocy z Jamesem i Ronem świeciła pustkami i tam spotkała właśnie tę miłą dziewczynę. Sympatyczny rudzielec był wygadany, kochany i nie pytał o wiele. Jakimś cudem, a może o to nie było specjalnie trudno, w czasie kolejnych spotkań zaczęła uznawać, że Samara jest urocza i zna kogoś z kim wyglądaliby po prostu idealne. Samara wiedziała jak kończą się takie spotkania. Zwykle pojawia się jakiś grubasek bez własnego życia, który pierwszy czy drugi raz widzi kobietę na oczy z takiej odległości. Nie żeby miała coś do ludzi nieśmiałych czy też grubszych, ale ona takie już miała szczęście. Jakimś cudem Amanda ją do tego namówiła przekonując, że się myli i naprawdę będzie inaczej.
    Tak, więc stała na zimnie, tego cholernego wieczoru, gdy tak naprawdę powinna zajmować się czymś innym. Założyła nawet na siebie sukienkę, od żeby jednak już na samym początku nie dać znać, że nic z tego nie będzie. Problem był jeden, nawet jakby chciała to raczej nie mogła kogoś mieć. W jej życiu było za dużo tajemnic, z których nie chciałaby się tłumaczyć komuś. A może to była tylko kwestia szczęścia? Gdyby trafiła na tego jedynego to wszystko było by jasne i prostsze. A tak? Nie chciała nikogo blisko siebie.
    Zerknęła na zegarek. Jak zwykle była odrobinę za szybko. Przycupnęła więc na podwyższeniu w około nieczynnej już fontanny na placu, na którym miała się spotkać ze swoim wybrankiem na tę noc. Nie rozumiała dlaczego Amanda uparła się na te białe stokrotki jako znak rozpoznawczy, ale wytrwale ściskała ją w dłoni odrywając co chwilę kolejne płatki. Ze wschodu zaczęła wyłaniać się jakaś postać, w którą wlepiła bystre, niebieskie oczy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [ Tak, tak, dobry post. Po prostu muszą znać kogoś wspólnego, tego ktosia który by ich umówił, i tego ktosia nazwałam Amandą :D ale imię to imię możesz ktosia nazwać inaczej ;) ]

      Usuń
  6. Laurel od początku polubiła Olli’ego. Był dosyć specyficzną osobą, ale tym samym niezwykle miłą i mającą coś niewątpliwie przyciągającego. Może to właśnie dlatego go zatrudniła? Miała do wyboru kilkanaście osób, które starały się o pracę. Zazwyczaj to jej koleżanka, współwłaścicielka wybierała personel, ale wtedy coś ją podkusiło i to ona wybrała właśnie jego. I nie żałowała, bo okazał się naprawdę świetnym pracownikiem.
    Musiała przyznać, że te dobre kilka dni temu jego propozycja naprawdę ją zdziwiła, albo raczej zaskoczyła. Co prawda co jakiś czas otrzymywała takie propozycje, zwłaszcza od klientów, którzy bezwstydnie zarówno z nią flirtowali, jak i pożerali ją wzrokiem. Zawsze odmawiała, bo ceniła siebie i swoją godność, a doskonale wiedziała, czym takie „spotkanie” z którymś z tych facetów mogłoby się skończyć. Olli’ego mówiąc szczerze nie znała dobrze, rozmawiała z nim dosyć często, ale zazwyczaj o jakiś błahostkach, nic nie znaczących rzeczach zarówno dla niej jak i dla niego.
    Kierował nią zwykły impuls. Zazwyczaj zachowałaby się jak nastolatka i wstydziłaby się zapytać o to jego zaproszenie. Czasami zachowywała się naprawdę dziecinnie, ale taki już jest chyba jej urok. Może się to wydać dosyć głupie z perspektywy jakiejś innej osoby, ale ona.. zwyczajnie chciała cos zmienić. Cokolwiek. Miała już serdecznie dosyć tej szarej codzienności. Każdy dzień taki sam, bez nawet cienia jakiejkolwiek rozrywki. Nie chciała być już postrzegana, jako ta smutna i wiecznie zamyślona szefowa.
    - Jak najbardziej. – Odpowiedziała szybko jak gdyby bojąc się, że chłopak jednak zmieni zdanie. Uśmiechnęła się szeroko i oparła się ramieniem o ścianę. Po chwili zagryzła mocno dolną wargę intensywnie się nad czymś zastanawiając. – Ja również się cieszę. To.. spotkamy się tu, w kawiarni, czy może przyjdzie pan po mnie?

    L. Rybak

    OdpowiedzUsuń
  7. [ Mówisz - masz ;D ]

    Od kiedy zaczęła pracować w tak poważnym miejscu jak Opera House, bardzo rzadko bywała w domu. Kilka razy zdarzyło się nawet, że spała w operze, przez nadmiar pracy nad czasem! Ale przynajmniej lubiła swoją pracę - no i i tak była pracoholiczką, więc sprawa stawała się jeszcze łatwiejsza.
    Nie miała siły, ochoty, ani czasu by robić zakupy, więc 90% posiłków konsumowała na mieście. Tak było i tym razem - kiedy wyszła z budynku opery (po godzinach, a jakże), od razu pobiegła do kawiarni znajdującej się niedaleko. Co prawda w kawiarni porządnej kolacji nie zje, ale na pewno wypije lepszą kawę od tej, którą ma w domu. O ile w ogóle ma cokolwiek w domu.
    Zamówiła podwójne latte machiato i wyjmując z torby kilka zarysowanych kartek, zabrała się do nanoszenia poprawek. Niektóre projekty były bardzo niedopracowane przez pośpiech, w którym ostatnio przyszło jej żyć. Nienawidziła tego, ale Opera House miało napięte grafiki i już nikogo nie interesowało czy główna scenografka ma w ogóle czas na regenerację sił i umysłu.Oparła skronie na otwartych dłoniach i wpatrywała się to w scenariusz, to na zaprojektowane dekoracje. Nie miała pojęcia ile tak już siedzi, ale praca szła mozolnie. Była po prostu wykończona, ale wmówić takiej, żeby dała spokój...
    Świat stopniowo zaczął niebezpiecznie spowalniać, a powieki nagle stały się ciężkie. Monday już nie kontrolowała tego, że kładzie głowę na stosie kartek, że ołówek wysuwa się spomiędzy jej chudych palców, że zasypia właśnie na kawiarnianym stoliku. No świetnie Monday, świetnie.

    Monday :)

    OdpowiedzUsuń
  8. [Witam znajomą :D Zdjęcie cudowne, już mówiłam. Może wątek z Elijah? :D]

    Elijah

    OdpowiedzUsuń
  9. Ona też nie była pewna, dlaczego właściwie się zgodziła. Miała dość zmartwień w swoim życiu, więc nie powinno jej tu być. Miała dużo znajomych, ale faktem było też, że była samotna, bo nie mogła dopuścić ich do siebie. Czy brakowało jej kogoś bliskiego? Bardzo. Ale wiedziała, że to za duże ryzyko, po pierwsze ktoś mógł cię zdradzić, a po drugie im na większej liczbie osób ci zależało tym było się łatwiejszym celem dla innych. A ona musiała być silna. Co prawda oficjalnie nie miała jeszcze żadnego większego wroga, ale była jeszcze młoda w tej pracy. Z czasem miało być tylko gorzej.
    Tak jak jej się wydawało, postać zbliżała się w jej kierunku. Im była bliżej, tym Samara była właściwie bardziej mile zaskoczona. Nie tego się spodziewała. A może to tylko pozory? Nie było trzeba się od razu cieszyć, bo mógł mieć jakieś inne problemy. Raz umówiła się z facetem, który chciał się bić z każdym. Każdym kto tylko zbliżył się na krok do Samary. A to była pierwsze randka. Bała się myśleć, co właściwie byłoby później, gdy już na wstępie serwowano jej takie rewelacje.
    Pierwsze wrażenie mu się udało. Posłał mu ciepły uśmiech i zdjęła rękawiczkę, bez nich o tej porze roku raczej się nie ruszała, zwłaszcza, że nawet jeżeli chciała udawać to nie mogła, była zmarzlakiem. Może dzieciństwo spędzone w ciepłym klimacie właśnie to sprawiło, że norweska zimna aura średnio jej pasowała.
    - Witaj Olli! – rzuciła entuzjastycznie. Nie ma co od razu wychodzić na gbura. Podała mu dłoń, żeby się przywitać. – Wyjdę na bardzo marudną jak zaproponuję, żebyśmy poszli od razu na jakąś ciepłą kawę? Szczerze, to zmarzł mi trochę tyłek od tej fontanny i chętnie wypiję coś ciepłego. – przyznała odgarniając włosy na tył.

    OdpowiedzUsuń
  10. [Dobry wieczór :) Miałabyś ochotę na wątek? Przed wymyślaniem powiązań itd. wolałabym się upewnić, że moja postać w jakikolwiek sposób przypadła Ci do gustu; prosiłabym o zapoznanie się z kartą przed podjęciem decyzji ;) ]

    Thea

    OdpowiedzUsuń
  11. [Nie sądzę, by było ją stać na bycie jego sąsiadką. Ludzie, u których została zatrudnna mogliby być jego sąsiadami. Greta spędza tam całe dnie, więc mogliby się poznać przy okazji wyciągania piłki z jego ogrodu, gdy mała Saskia rzuciła nią za daleko. Co ty na to? :) ]

    Greta/ Th

    OdpowiedzUsuń
  12. Nie powiedziała niczego więcej, jedynie kiwnęła głową i uśmiechnęła się jeszcze szerzej. Jeżeli to w ogóle mogło być możliwe. Od bardzo dawna nikt nie doprowadził do tego, żeby prawie bez większego powodu zaczęła się szczerzyć jak głupia. A może to był jakiś większy powód? No właśnie. Chciała się jeszcze o coś zapytać, o coś co dla niego mogłoby wydać się banalne, ale nie dla niej.. No ale cóż, klientów zaczęło przybywać, a Olli bądź co bądź musiał zająć się pracą. Połowę dnia spędziła w biurze, to przeglądając jakieś papiery, to rozmawiając przez telefon ze współwłaścicielką, która zrobiła sobie dwutygodniowy urlop. Nawet zaczęła się zastanawiać, czy naprawdę uda jej się wyżyć z prowadzenia kawiarni. Kawiarni, która swoją droga miała naprawdę świetną opinię zarówno wśród mieszkańców Oslo, jak i turystów.
    Po powrocie do domu wybrała się jedynie na krótki spacer z psiakiem. Przez cały dzień, tak jak zawsze nie tknęła ani odrobiny jedzenia i ograniczyła się do dwóch kubków lekkiej kawy z mlekiem. Ledwo wróciła z owego spacerku, spojrzała na zegarek i doznała szoku, gdy okazało się, że jest kilkadziesiąt minut po siódmej. Szybko wzięła prysznic, jako tako poprawiła makijaż i stanęła przed najgorszym wyborem, który dopadł ją tego dnia. Co do cholery mam na siebie założyć? Niby wybierali się na spacer, ale przecież nie może wyskoczyć w dżinsach i jakiejś sportowej bluzie, prawda?
    Ostatecznie zdecydowała się na zwyczajną sukienkę, koloru ciemnozielonego, bo nic innego nie przyszło jej do głowy. Do tego najzwyklejsze, najwygodniejsze na świecie ocieplane buty, bo w tym kraju bardzo łatwo o zamarznięcie. Wręcz wybiegła z domu, ledwo zapinając płaszcz. Na szczęście kawiarni nie znajdowała się daleko, wiec już po kilku minutach szybkiego marszu znalazła się na miejscu, równo o dwudziestej.
    - Oczywiście, ale.. – Podeszła jeszcze bliżej, żeby lepiej widzieć jego twarz, która do tej pory ukryta była w cieniu. Wyciągnęła dłoń z kieszeni i wyciągnęła w kierunku Olli’ego. – Laurel. Po prostu Laurel. Czuję się jakbym miała jakieś czterdzieści lat, a przecież jesteśmy w tym samym wieku. W takim razie możemy już iść, w którym kierunku zmierzamy?

    L. Rybak

    OdpowiedzUsuń
  13. [Aż poszłam szukać kogo masz na wizerunku, bo wiedziałam, że znam i jestem w szoku, że to Campbell. Nie widziałam tych zdjęć nigdzie ;d]
    Alice

    OdpowiedzUsuń