JORDAN FOAL
28 lat
mieszkanie w centrum
Jeszcze się taka nie urodziła, co by mi odmówiła.
Bierz wszystko, co się da, nie dawaj w zamian nic.
Urodzony drugiego
kwietnia tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego piątego roku w
Oslo. Absolwent szkoły muzycznej. Meloman dzięki rodzicom. Pianista
z pasji. Udziela prywatnych lekcji gry na instrumentach żeby mieć
za co żyć. Nie ufa bankom, więc wszystkie swoje oszczędności
trzyma w skarpecie schowanej za wielką szafą w sypialni. Do
szczęścia wystarczy mu kubek czarnej, mocnej kawy oraz paczka z
ulubionymi papierosami - „Marlboro”. Fan wszelakich sportów
ekstremalnych. Żyje z dnia na dzień. Nigdy niczego nie planuje.
Nie rozpamiętuje też przeszłości. Cham. Dupek. Prostak.
Uwodziciel swoich młodziutkich – i nie tylko- uczennic. Miłośnik
długich spacerów. Ani mu się śni ustatkować, choć rodzice
marudzą, że chcieliby już mieć wnuki. Nie rozstaje się ze swoim
pamiętnikiem, w którym opisuje wszystkie swoje miłosne podboje.
Zapatrzony w siebie egocentryk. Uważa się za pępek świata. W jego
mniemaniu jest najprzystojniejszym mężczyzną, któremu kobiety nie
są w stanie odmówić. Kiedy tylko zwietrzy okazję, z uporem
maniaka dąży do postawionego sobie celu. Cwaniak, który do
maksimum wykorzystuje każdą nadarzającą się okazję. Chłopięcy
urok oraz zwalający z nóg uśmiech to jego największe atuty i
najniebezpieczniejsza broń. Nie zna znaczenia słowa szarmancja.
Dżentelmenem też nigdy nie był. Don Juan. Casanova.
Afiliacje | Album | Notki
cześć
cytat w tytule : Giovanni Giacomo Casanova
pan na zdjęciu : Lucas Bernardini
wątki lubimy długie, wolimy zaczynać
powiązania lubimy ciekawe, ale lepsze, w naszym mniemaniu, są relacje zaczynane od zera

[Cześć i czołem ;) Zapraszamy do wątków z Theą.]
OdpowiedzUsuńThea Anders
[Skoro Jordan tak bardzo kocha długie spacery, mógłby moją Theę gdzieś za miastem. Byleby była to niedziela, bo wtedy Anders funduje takie wycieczki swojemu psu :)]
OdpowiedzUsuńThea Anders
[Witam c: Jak ja kocham to imię.]
OdpowiedzUsuńM. Snowdon
[ Kocham to zdjęcie :D Już je tyle razy widziałam, a za każdym razem przechodzą mnie ciary ;D ]
OdpowiedzUsuń[Casanova z pamiętnikiem - sama nie wiem, dlaczego tak mnie to rozbawiło. Może dlatego, że jakoś mi to do niego nie bardzo pasuje. Niemniej witam serdecznie na blogu.]
OdpowiedzUsuńJackie Garroway
[Cwaniak z niego, no proszę, proszę. Właściwie to ja tu po wątek przyszłam, więc może przejdę już do rzeczy. Jaka jest szansa, że Jackie w jakimś publicznym miejscu mogłaby usłyszeć/zobaczyć, jak on gra? Podejść by pewnie nie podeszła, ale jakby ktoś się w niego tak nachalnie wpatrywał, w dodatku całkiem przyjemna dla oka, tak myślę, trzydziestka, to jak, Jordan nie wykorzystałby okazji? Nie uwierzę. ;> Opcjonalnie zawsze mogła zgubić zapalniczkę, a bardzo potrzebowałaby akurat zapalić. Wtedy pewnie by podeszła.]
OdpowiedzUsuńJackie Garroway
W tygodniu Thea nie miała zbyt wiele czasu dla Lucky'ego. Biedaczek musiał zadowolić się krótkimi spacerami między domami, gdzie ilość trawników do obwąchania była o połowę mniemsza od ilości latarni, przy których musieli się koniecznie zatrzymywać. Właściwie normalnemu psu pewnie by to wystarczyło, ale Lucky nie był normalny i nawet jak na szczeniaka miał zaskakująco dużo energii, którą najchętniej wyładowywał na butach swojej właścicielki.
OdpowiedzUsuńStąd właśnie wziął się zwyczaj niedzielnych spacerów za miasto, gdzie Thea mogła go spokojnie spuścić ze smyczy i pozwolić mu się wybiegać. Odchodziła więc zawsze jak najdalej od drogi, aby szalejący Lucky przypadkiem nie władował się pod koła jakiegoś samochodu, co, niestety, było bardzo prawdopodobne.
Siedziała na jakimś wielkim głazie z podwiniętymi pod siebie nogami, aby buty jej za szybko nie przemokły. Lucky biegał dookoła, poszczekując, merdając kudłatym ogonem i ryjąc noskiem w śnieżnych zaspach. Najwyraźniej dobrze się bawił. Tak samo jak jego właścicielka, choć ta siedziała nieruchomo i wpatrywała się w przestrzeń przed sobą, starając się zapamiętać jak najwięcej szczegółów. Potem to namaluje. Z pewnością. Roztaczający się krajobraz był zbyt piękny, aby nie uwiecznić go na obrazie.
Z rozmyślań wyrwało ją głośne szczekanie Lucky'ego. Pospiesznie rozejrzała się dookoła, ale zamiast psa, zobaczyła tylko ślady psich łapek w śniegu. Czym prędzej zeskoczyła z kamienia i pognała śladem Lucky'ego. Szczekanie coraz bardziej się nasilało, aż w końcu dostrzegła psiaka. Obskakiwał właśnie jakiegoś mężczyznę, szarpiąc go z upodobaniem za rękaw kurtki.
- Lucky! - krzyknęła i podbiegła do nich.
Złapała psa za obrożę i odciągnęła go od nieznajomego mężczyzny, od razu wymierzając psu klapsa. Lucky opuścił uszy i usiadł, patrząc na nią z wyrzutem w oczach.
- Bardzo pana przepraszam - powiedziała, zapinając z powrotem psa na smycz.
The Anders
[No i wszystko cacy. Teraz chyba moja kolej, żeby zapytać: pewnie mam zacząć, co? :>]
OdpowiedzUsuńJackie
[Chwilowo wzięłam się za zaczęcie dla Svena, bo obiecałam już wczoraj, ale jak skończę i dam radę, to zacznę jeszcze dzisiaj. Jak nie, to do piątku na pewno, obiecuję.]
OdpowiedzUsuńJackie
We wszystkich szkołach, do których chodziła, Andrea miała przyklejaną łatkę kujonki. Grzeczna, prawie zawsze wyuczona, niemalże same piątki, wobec nauczycieli kulturalna i czasami nadmiernie życzliwa. Chciała wszystko rozumieć i nieraz klasa miała jej za złe pytanie o trudniejszy przykład z pracy domowej, które przypominało nauczycielce, że coś w ogóle zadawała. Notowała wszystkie klasówki w oddzielnym notesie, każde wypracowanie, nie przegapiała żadnego próbnego egzaminu. Starała się być zwyczajnie uczynna, a wychodziła na kapusia i ostatnią idiotkę. Może dlatego miała uraz do innych ludzi i nie potrafiła z nimi od razu normalnie rozmawiać. Długo przekonywała się do innych, bo zawsze miała wrażenie, że jak tylko zniknie za rogiem to ją zaczną obgadywać. Rodzice byli z niej zawsze dumni, ale ona niekoniecznie była zadowolona z samej siebie, nawet jeśli to oni byli najważniejsi na świecie.
OdpowiedzUsuńTo właśnie oddanie rodzicom sprawiło, że wyszła z domu z zamiarem pójścia do domu zupełnie obcego człowieka, aby tylko uczyć się gry na wiolonczeli. Nigdy nie zrobiłaby tego, gdyby decyzja zależałaby wyłącznie od niej. Prędzej zadzwoniłaby i odwołała wszystkie lekcje niż opuściła mieszkanie, aby później spędzić godzinę w towarzystwie kompletnie nieznanej jej osoby. Myśl, że państwo Jensen o tym marzą dodawała jej odwagi i mobilizacji, aby przełamać wewnętrzny opór i ruszyć naprzód, z każdym krokiem zbliżając się do progu, którego wolałaby nie przekraczać. Instrument coraz bardziej jej ciążył, a w myślach beształa samą siebie, że wpierw nie sprawdziła, ile pięter przyjdzie jej pokonać. Tak to jest jak umawiasz się na chybił trafił, aby mieć jak szybciej tą część za sobą i przejść do następnej. Oczywiście nawet przez chwilę nie pomyślała o tym, że cokolwiek mogłoby być winą rodziców albo idioty, który zadomowił się na ostatnim piętrze kamienicy. Skąd! Uważała, że to wyłącznie jej decyzja była nietrafiona, a nie kogokolwiek innego. Przecież to ona wybierała na chybił trafił, aby mieć tą część jak najszybciej za sobą, zamiast dowiedzieć się czegokolwiek o miejscu, do którego przyjdzie jej wtaszczyć wiolonczelę. Zawsze brała na siebie winę za wszystko i była pod tym względem niereformowalna.
Tak samo niereformowalna była jej wiara w księcia na białym koniu. W przeciwieństwie do Jordana, Andrea zupełnie nie potrafiła “korzystać z okazji”, nie była tym typem dziewczyny. Całym sercem wierzyła, że gdzieś tam istnieje ten jeden jedyny, który jest wzorcowym przykładem idealnego mężczyzny, a kiedy ich drogi się spotkają połączy ich miłość od pierwszego wejrzenia. Potem on sprawi, że Andreę opuszczą jej najgorsze wady, podbuduje jej pewność siebie i narodzi się Andrea 2.0, idealna królewna dla Pana Księcia. Na koniec będą żyli długo i szczęśliwie, a cały świat pokaże się jej w jaśniejszych barwach. Była naczelną przedstawicielką rodu beznadziejnych romantyczek. Wszyscy, którzy ją znali, doskonale o tym wiedzieli, ale zdawali też sobie sprawę, że ona nie odda swojego serca byle komu. Prędzej zostanie starą panną z kotem i o dziwo ta myśl ich uspokajała. Przynajmniej nie musieli się martwić, że jakiś bad boy ją uwiedzie i wykorzystała, zbyt mocno trzymała się swojej cukierkowej wersji świata, aby ulegać w tempie, jakie narzuca mężczyzna typu “zaliczyć i zapomnieć”.
Była spóźniona, ale czemu się dziwić – nie sądziła, że przyjdzie jej pokonywać tyle stopni. Kiedy w końcu stanęła pod odpowiednimi drzwiami, przez chwilę się wahała. Przecież póki ktoś nie wie, że przyszła, zawsze mogłaby uciec i udawać, że wcale jej nie było. Ostatecznie jednak się przełamała i krótko nacisnęła dzwonek – przecież tego chcieli rodzice.
Andrea
[Witam kolejnego pana w naszym skromnym gronie ;)]
OdpowiedzUsuńLucky siedział nadal naburmuszony, jak gdyby to Thea popełniła najcięższe przestępstwo, przerywając mu szarpanie kurtki mężczyzny. Przynajmniej już nie skakał jakby Thea żywiła go jedynie środkami pobudzającymi, a jedynie grzebał łapami w śniegu, prychając co jakiś czas.
OdpowiedzUsuńThea przeniosła spojrzenie z psa na mężczyznę. Lubiła się przyglądać ludziom, zapamiętywać każdy najmniejszy szczegół, a potem ich rysować. Miała całe teczki takich portretów ludzi, których widziała raz w życiu i nigdy więcej nie miała zobaczyć. Przechyliła lekko głowę, uważnie lustrując mężczyznę wzrokiem.
- Thea - przedstawiła się, nie odrywając wzroku od jego twarzy.
Miała wyjątkowo artystyczne podejście do piękna. Gdy tylko coś lub, jak w tym wypadku ktoś, przyciągał jem uwagę bardziej niż wszystko to, co otacza ją na co dzień, od razu chciała malować. Więc... nie była też typową kobietą, które bawią się w podchody i tygodniami zastanawiają, czy wypada im zadzwonić. Nie, Thea była raczej z tych, co to na środku ulicy potrafią zapytać, czy przypadkiem nie masz wolnego popołudnia.
- Chciałabym cię namalować - powiedziała szczerze bez odrobiny jakiegokolwiek zmieszania czy zawstydzenia.
Właściwie trudno powiedzieć, czy Theę cokolwiek było w stanie zawstydzić. Przynajmniej gdy w grę wchodziły kontakty międzyludzkie.
Thea Anders
[dzień dobry. jak tu miło c:]
OdpowiedzUsuńTanja Eriksson
Jordan nie byłby pierwszą osobą, która wyśmiałaby jej przesłodzone wyobrażenie o miłości, jednak się nie zrażała. W coś trzeba wierzyć, a to była jedna rzecz, z której nie miała zamiaru rezygnować tylko dlatego że inni ludzie się z tego stroili żarty. Po prostu nie przyznawała się, że ma takie, a nie inne marzenia, zachowując je tylko dla siebie, ewentualnie dzieląc się z nim najbliższymi. Przez podobne bajki, w których sobie siebie wyobrażała, w oczach rodziny wychodziła na kruchą i nieporadną istotkę, która nie da rady w życiu. Wiedziała, że ją za taką mają – sama siebie uważała za zbyt delikatną. Chciała się zmienić i chociaż szło jej to jak po gruzie, powoli zmierzała naprzód. Zamieszkała sama, poszła do jakiejś pracy i nie musi w każdej chwili patrzeć na rozczulone spojrzenia rodziców, jakby ciągle miała pięć lat i wstążki we włosach. Samotność jednak jej nie służyła. Gdyby ciągle była pod opieką matki, na pewno ta co i rusz wypychałaby ją z domu, a tak nie było takiej osoby, która zmusiłaby Andreę do wyjścia z mieszkania. Owszem, rodzice dzwonili i pytali, co robi, a że dziewczyna nie lubiła kłamać nieraz słyszeli, że siedzi w domu i się uczy, a oni gadali jej, że powinna wyjść do ludzi, ale nie mieli takiej kontroli jak w rodzinnym domu. Czasami na siłę gdzieś szła, żeby nie być tak kompletnie aspołeczna, ale kiedy nie było tego impulsu do wyjścia, rzadko kiedy się zmuszała. Z samotnego mieszkania wyniosła przynajmniej tyle, że jej życie to jej decyzje. Nie jest marionetką, za której sznurki ktoś pociąga i czasem można zrobić coś dla siebie.
OdpowiedzUsuńZdawała też sobie jednak sprawę, że księcia z bajki nie spotka leżąc w łóżku, więc późnymi wieczorami, kiedy tłumy na ulicach się przerzedziły, wychodziła do parku i szwendała się bez celu, nie przejmując się nieubłaganie pędzącymi do przodu wskazówkami zegara. Kiedy spacerowała, zdawała się istnieć poza czasem, samotna i zagubiona, ale w pewien sposób szczęśliwa. To jej wystarczało – nigdy nie miała wysokich wymagań, nie miała czasu ich mieć. Jedyną jej rozbudowaną fantazją była ta o wspaniałej miłości, cała reszcie nie poświęciła nawet ułamka czasu, zajęta zadowalaniem cudzych ambicji.
Kiedy w drzwiach pojawił się mężczyzna nawet nie wydała z siebie żadnego dźwięku, dopóki nie była pewna, że nie wejdzie mu w słowo.
— Oczywiście — przytaknęła, bez żadnego sprzeciwu przystając na warunki nauczyciela. W końcu kto jak kto, ale Andrea wiedziała, że za swoje błędy trzeba płacić i to robiła, chociaż czasami aż zbyt wiele rzeczy przypisywała sobie i niepotrzebnie starała się ludziom to wynagradzać. Taka jednak była.
Podeszła do przygotowanego dla niej krzesła i wyciągnęła instrument z pokrowca. Jej twarz jak zwykle skryła się za rozpuszczonymi włosami, a szczupłe ciało wyglądało na jeszcze drobniejsze przy wyjmowanej wiolonczeli. Od dziewczyny biła delikatność i ten, kto byłby w stanie ją dostrzec mógłby zacząć się poważnie zastanawiać, jakim cudem udało jej się przytargać instrument.
Andrea
Korzystając już, z jakże upokarzającego (niestety), faktu, że złapała ją kolka od porannego biegu, postanowiła przy okazji poprawić splot sznurówek, dopiąć bluzę, spiąć lepiej włosy. Przejść przez wszystkie te kroki, które miałyby jej umilić dalszy jogging, odwracając myśli od faktu, że jej forma znacznie spadła, odkąd spotkała na swojej drodze faceta, który przewrócił jej życie w istny koszmar… Lata temu, ale co z tego? Jeszcze nie zdążyła mu tego wybaczyć. A spotkanie po latach wcale tego nie ułatwiało. W złości, ignorując ból w boku, raptownie odepchnęła się od ławeczki, w ostatnim rytualnym ruchu, poprawiając słuchawki na uszach. W tym właśnie momencie, trąciła kogoś, a właściwie nie tyle człowieka, co jego torbę na ramieniu.
OdpowiedzUsuń- Ej! Uważaj jak leziesz – bąknęła nieprzyjemnie, obracając się przez ramię w kierunku mijanego mężczyzny mrużąc w zażenowaniu oczy, choć cała wina spoczywała po jej stronie. Cóż rzec. Nie ma nic gorszego niż rozdrażniona z rana kobieta w podłym nastroju od kilku dni. Pobiegła dalej, nie zdając sobie sprawy, że wytrąciła z torby nieznajomego notatnik, który odbijając się od niej przeleciał kilka metrów dalej. To wyjaśniałoby dlaczego zderzenie z mężczyzną tak zabolało, skoro kant zeszytu uderzył ją w udo. Zatrzymała się niechętnie, schylając się po przedmiot, obracając się jeszcze raz, krótko w stronę mężczyzny, sprawdzając, czy w ogóle zauważył, ze coś zgubił. Był to ruch na tyle niedbały, że właściwie bezcelowy, bo w niczym nie pomógł jej w sprawdzeniu reakcji nieznajomego, którego ostatecznie nawet nie udało jej się w swojej arogancji wyłapać spojrzeniem. Zamiast tego podniosła z ziemi notatnik, otwierając go na przypadkowej stronie.
- Ej, chyba coś zgu… - urwała wczytując się w pierwsze zdania, jakie rzuciły jej się w oczy. Kilka słów o czyichś podbojach? Czyżby trafiła na szkic „Pięćdziesięciu twarzy Greya”? Z ciekawości aż zerknęła na okładkę zeszytu, szukając jakiejś wskazówki. Nieznajomość wspomnianej książki nie pomogła jej w zidentyfikowaniu przeczytanego tekstu. Logicznym było, że kobieta o zdrowych zmysłach nie przeczyta takiego nastoletniego chłamu. Nie… sięgnie po gorący harlekin po więcej pikantnych szczegółów.
[Mam nadzieję, ze wątek, choć bez ostrzeżenia - ujdzie - i że nie masz mi za złe zwinięcie pamiętnika Jordana.]