
Jolene Johannah Odelle
26 lat / Alabama (Bluebell) / konserwator malarstwa / studentka
Urodziła się w Bluebell. Była prostą dziewczyną z Alabamy. Zwyczajną. Tam chodziła do szkoły, uczyła się, tam się zakochała, tu spędziła całe swoje życie. I kiedy zaczęło jej się wydawać, że monotonia i wyważony tryb postępowania nabiera kolorów i barw – wszystko się spieprzyło. Bo rzeczy wiedzą kiedy się zwalić w dobrym momencie. Tak żeby zajść w pamięć – zostawić po sobie efektywne, przytłaczające wrażenie. Życie w sąsiedzkim, małym miasteczku wie, kiedy przerodzić się w piekło, nabiera dynamiczności i nieprzewidywalności w najmniej oczekiwanym momencie. Zazwyczaj wtedy kiedy zostaje ułożone, ustabilizowane, przyswojone i pokochane. Ta chwila nigdy nie pada w porę dla osoby, u której te kilka dni, a czasem tylko sekundy, mają zaważyć o ogromnych zmianach w ich życiu. Nigdy nie jest trafiona. To piekielny przewrót, od którego nie jednemu zakołowało się w głowie. To wojna. Walka o przetrwanie. A jej zakręciło się w głowie – nie była dobrym weteranem. Sfiksował cały jej świat, zwariował, zaczął się trząść, stał się chwiejny, a ona razem z nim. Bo kiedy nie musiała już na nic liczyć, mogła liczyć na pewno, ze coś się spieprzy; bo jeśli było jej dobrze – to było za dobrze; bo skoro już miało być źle, musiało zacząć być chorobliwie niedobrze w najgorszym momencie. Więc straciła wolę do życia… a kiedy już się to zrobi – najlepiej przestać żyć.
Uwierzcie na słowo dziewczynie, która coś o tym wie. Uwierzcie zwyczajnej dziewczynie z Alabamy. Mi.
Więc kiedy już coś Ci się spieprzy – a spieprzy na pewno. Bądź dumny. Bądź pewny. Bądź nieustraszony. Bądź sobą, nie dlatego, że pokazaniem słabości byłoby się zatracić. Bądź sobą dla siebie – bo to jest najlepsze co możesz w takiej sytuacji zrobić. Nie poddawać się. Żyć z wizją na lepsze życie. W bliższej czy dalszej przyszłości. Myśl pozytywnie, bo tylko pozytywne myślenie może Cię uratować. A jeśli sądzisz inaczej – jesteś głupi. Jeśli wydaje Ci się, że tak nie jest – jesteś głupi. Jeśli uważasz, że ta rada nie ma sensu – jesteś głupi. Ale głupcy też mają szansę na przetrwanie, więc jeszcze nie jest za późno – myśl pozytywnie. Nie bądź głupi.
W wieku siedmiu lat dokończyłam swój pierwszy obraz. Wtedy nie liczyło się dla mnie, ze namalowałam go na zwykłej kartce krzywo ściętego szarego papieru. Byłam z siebie dumna. Boże, gdybyście wiedzieli jak bardzo. Nie miało dla mnie znaczenia, że obrazem była kalka postawionej przede mną książki z kolorowankami z Kubusia Puchatka. Byłam tak szczęśliwa wykonaniem samodzielnego malunku, że do dziś pamiętam tą chwilę. Dla takich momentów się żyje, takie wspomnienia, zachodzące w pamięć decydują o tym co chce się robić w życiu. Ja chciałam być artystką z zawodu. Zainspirowaną, natchnioną, ekscentryczną malarką tańczącą do utworu Blondie – The Tide is High z pędzlem w dłoni, tak długo jak długo nie zauważyłabym beznadziejności słuchanego kawałka. Ale wysokie ambicje i marzenia są niczym w porównaniu z rzeczywistością, bo kiedy ona pokaże nam, że nie zawsze to czego się chce, może być tym co możemy mieć, wtedy łatwo zrezygnować. Tak po prostu odpuścić pragnienia, znaleźć nowe cele, nie wiedząc, czy nie ma się szans na spełnienie swoich marzeń. Nie można tego wiedzieć jeśli się nie spróbuje jeszcze raz. Łatwiej się poddać. Znaleźć kolejne priorytety. Na chwilę zapomnieć o pięknie namalowanej chatki Pana Sowy z Winnie the Pooth, którą kiedyś powiesiło się nad łóżkiem. Łatwo jest zabić w sobie stare mrzonki o lepszym życiu.
Wcześnie wyszłam za mąż. Byłam szczęśliwą, młodą żoną. Miałam siedemnaście lat kiedy zdecydowałam się na tak poważny krok w moim życiu. Z początku było ciekawie. Naprawdę ciekawie. Wspaniale. Wiedliśmy interesujące życie. Szalone, wspólne wycieczki. Dużo przygód, dużo adrenaliny, dużo seksu, dużo nas. Prowadziliśmy długie nocne rozmowy, ja i on. Na wiele wspólnych tematów. Wymienialiśmy poglądy. Czasem całkiem się od siebie różniące. Nie mogłam uwierzyć, ze kiedyś moim największym problemem było jak się całować. Byłam przerażona wizją poważniejszego pocałunku. Zresztą, jakiegokolwiek pocałunku. Stresowałam się na samą myśl, kiedy przejdziemy do etapu dalszego niż tylko trzymanie się za ręce. Wiecie… byłam niedoświadczona. Mój strach był całkiem uzasadniony. Był moim pierwszym chłopakiem. Wcześniej z nikim nie byłam, ani na dłużej, ani nawet na chwilę. Nie wierzyłam swojemu doświadczeniu. Na szczęście – on też. Oboje przyzwyczajaliśmy się do pakowania sobie języków do gardeł. Nie wierzę, ze kiedyś wydawało mi się to ohydne, skoro później sprawiało mi tyle przyjemności. Razem przeżyliśmy swój pierwszy raz. Bałam się. Bałam się jak cholera. Ale później moim największym problemem nie było czy położyć sobie poduszkę pod plecy przed pierwszym seksem. Mieliśmy większe dylematy. Gdzie pojechać na studia żeby się nie rozstać. Jaki moment jest dobrym momentem na dziecko. Kto gotuje, kto sprząta, a kto pierze, kto składa jego koszule, czy wolno mi używać jego golarki, kiedy moje żyletki się skończą. Byliśmy małżeństwem.
Nie poszłam za studia. Uznałam to za najlepsze rozwiązanie. Ktoś musiał zająć się domem. Oczekiwaliśmy dziecka. Oboje zrezygnowaliśmy ze swoich planów na przyszłość. On poszedł do pracy, ja nauczyłam się jak być dobrą gospodynią domową. Ja dzieliłam pranie, zmywałam naczynia, kupowałam ubranka dla dziecka, on zacieśniał więzy z moją mamą i zarabiał na NASZE życie. Ja ze swoją teściową nie musiałam – od początku byłyśmy w dobrych kontaktach. Najpierw przestaliśmy chodzić na randki, na które nie było czasu, później na odświętne kolacje, które zeszły na drugi plan. Na koniec przestaliśmy w ogóle rozmawiać. On był pochłonięty zarabianiem, ja domem. Wydawało mi się to całkiem normalne, byliśmy parą. Wytyczyliśmy swoje obowiązki. Później zaczęły się kłótnie. Dopiero na koniec wojny. Leciały ze stołów ślubne wazy, ręcznie zdobiona porcelana i sztućce. Nie było już tak wesoło. Musieliśmy dorosnąć szybciej niż nasi rówieśnicy. Dojrzewając, okazało się, że nie jesteśmy sobie przeznaczeni. W wieku osiemnastu lat byłam już nieszczęśliwą mężatką, dorosłą kobietą i zagubioną duszą z poronionym dzieckiem.
Zaczął pić. Z początku próbowałam to ignorować. Dużo przeszedł, przeżywał to inaczej niż ja. Ja przybrałam na wadze, chodziłam rozkojarzona po domu, do nikogo się nie odzywałam. On pił. Pił, pił i pił, powoli coraz więcej. Więc kiedy ja czułam się już lepiej, robiłam wszystko by i on poczuł się tak samo. Chciałam mu ulżyć. On nie chciał ulżyć sobie. Nie w żaden inny sposób niż zatracenie się w hektolitrach alkoholu. Już dawno zapomniałam jak bywało między nami namiętnie i romantycznie. Potrafiłam się przyzwyczaić do rutyny, milczenia, czytanej przez niego gazety, do wydzielonych obowiązków, nudnego życia. Nie do alkoholizmu. Próbowałam mu pomóc, chciałam, robiłam wszystko żeby to zrobić. Sprzątałam po nim, byłam przy nim, wtedy kiedy mnie potrzebował, a nawet wtedy kiedy nie. Z początku mnie przepraszał, obiecywał, że już więcej nie będzie, potem robił się agresywny. Nie chciał przestać. Pił na potęgę. Im mniej to robił tym więcej frustracji wyładowywał na mnie. Były dni, w których wyznawał mi miłość, płakał i błagał na klęczkach o wybaczenie, a w innych rzucał mną o ścianę wyzywając od „kurw”, „zdzir”, „dziwek”. To chyba było najgorsze. Niepewność czy bardziej ode mnie kocha alkohol. Czy jest w stanie mnie skrzywdzić za flaszkę whisky czy butelkę tequili, ją lubił najbardziej. Strach kiedy wracało się do domu. A potem poczucie pustki, zmęczenie, odrętwienie. Życie na jakie nie zasłużyłam.
Dałam mu ultimatum – ja albo alkohol. Wybrał picie – możliwą śmierć. Jego strata. Zostawiłam go nie bez żalu i nie bez bólu, ale z wielką ulgą. Wracałam do domu bez drżącego serca i obawy, że coś mi się stanie. Wcześniej bałam się przestąpić próg mieszkania. Dom to miejsce, w którym powinno się czuć bezpiecznie. W naszym małżeństwie czułam się zagrożona – więc wzięłam rozwód, z orzeczeniem winy po jego stronie. Rozprawa ciągnęła się rok, póki nie przyszedł zalany w trupa do sądu, wyklinając na mnie słowami (których nawet nie potrafię – nie, nie chcę – powtórzyć), rzucając się z nad ramienia ochroniarza, wypluwając jad i kwas z ust. Nie będę opisywać łez i ilości nieprzespanych nocy, długiego okresu w którym dochodziłam do siebie, procesu rehabilitacji, trudniejszego i bardziej zajmującego niż jego spotkania AA. Chcę żebyście zrozumieli, że ten czas jest epizodem w moim życiu, którego nie chcę pamiętać. Latami, które zajęły mi podniesienie się do pionu, powrócenie do siebie – uwierzenie w siebie, stanięcie na nogi, zaufanie sobie, docenienie się, dowartościowanie, uczłowieczenie, bo wtedy mogłam być tylko cieniem człowieka.
Urodziłam się w Bluebell. Jestem prostą, miejską dziewczyną z pogrzebanymi marzeniami. Jestem dwudziestosześcioletnią rozwódką z dużym bagażem doświadczeń – ze spieprzonym życiem, poronionym dzieckiem, zniszczonym małżeństwem, spaczonym eks-mężem alkoholikiem i latami pracy nad sobą. Uwierzyłam w siebie, schudłam 15 kilo, spełniam się w malarstwie, a w tym roku idę na studia. W noworocznym postanowieniu obiecałam sobie odebrać należące mi się lata szaleństwa, dobrych wrażeń i adrenaliny. Zamierzam czerpać garściami z życia, odbijając sobie czas stracony na nietrafioną miłość i mówię to otwarcie – będę sfrustrowana jeśli coś stanie mi na drodze.
Dzisiaj
Chcę być zwykłą, prostą dziewczyną z Alabamy. Taką jaką się urodziłam – nieskomplikowaną. Pragnę wyglądać, myśleć, działać i żyć jak osoba mało złożona. Pewna tego, czego od życia chcę. A chcę brać z niego więcej niż dawać od siebie. Jak typowy człowiek – żyć egoistycznie, dla siebie, chcąc znaleźć szczęście, nie wiedząc czym jest to czego szukam. Łaknę pełni straconych dni – dzieciństwa, nastoletniego szaleństwa, nieudolnego wchodzenia w dorosłość. Nie chcę być kobietą dojrzałą, poważną. Nigdy więcej. Będę sobą choć raz w życiu i zobaczę kim jest Jolene Odelle; kim jestem ja. Chciałabym odnaleźć siebie. Kroczyć pewnym krokiem z postawą człowieka o ustabilizowanej osobowości. Wiedzieć na co czekam – na nowe jutro, ale jakie? Będę łykać adrenalinę i garściami łowić wrażenia – sama, bez niczyjej pomocy. Będę nałogowym palaczem w poniedziałki, we wtorki wylewnym alkoholikiem, w co drugą środę rozpustnikiem, bo w czwartki będę samotnikiem i zimną suką, w piątki ułożoną panią konserwator ze sztucznie malowanym uśmiechem na ustach. W weekendy będę odpoczywać. I będę szukać siebie. W zaciszu własnego domu, z pędzlem w dłoni, policzkami umazanymi farbą, włosami rozmierzwionymi od rytualnego tańca. Wolna.
*do Norwegii przeniosła się w wieku dwudziestu paru lat, wraz z byłym mężem